26, 27, 28. W następnym roku
Nazwaliśmy go Kainem. Ewa schwytała go w lesie o dwie mile, a może o cztery — nie jest tego pewna — od naszego domu, gdy ja zastawiałem sidła w kraju na północ od Erie. Podobne jest do nas i może nawet jest z nami spokrewnione. To jej zdanie, według mnie zaś — to nieprawda. Różnica we wzroście świadczy najwyraźniej, że jest to nowa odmiana jakiegoś zwierzęcia — może ryby, chociaż, gdy puściłem je na wodę, by się co do tego przekonać, zaczęło iść na dno. Ewa rzuciła mu się natychmiast na pomoc i wyciągnęła, zanim jeszcze zdążyłem się przekonać, czy to jest ryba, czy też nie ryba. A jednak myślę, że to ryba; ją zaś całkiem nic nie obchodzi, co to jest takiego, i nie pozwala mi z nim robić doświadczeń. Muszę przyznać, że zupełnie tego nie rozumiem. Pojawienie się tego stworzenia zmieniło jakby całą jej naturę, a obserwacja zwierząt przestała ją zajmować. Kłopocze się o niego więcej niż o wszystkie inne zwierzęta. Dlaczego — nie umie objaśnić. Pomieszał się jej rozum — wszystko o tym świadczy. Czasami przez połowę nocy nosi rybę na rękach, gdy płacze, dopraszając się wody, a wtedy z otworów na jej twarzy, przez które patrzy, płynie woda, klepie rybę ręką i by ją uspokoić, wydaje ustami czułe dźwięki. Nigdy nie zdarzyło mi się widzieć, żeby wyprawiała coś podobnego z inną jakąś rybą; toteż zdumienie moje wzrasta z każdą chwilą. Dawniej, zanim straciliśmy nasze włości, także przynosiła ustawicznie młode tygrysiątka i bawiła się z nimi, ale to była tylko zabawa; nigdy nie tuliła ich jak tego, gdy mu obiad nie przypada do smaku.
29. Niedziela
Ewa w niedzielę nic nie robi, pokłada się cały dzień i bawi się z rybą. Dla rozweselenia jej wydaje głupie dźwięki, udaje, że gryzie jej łapy; a to pobudza ją do śmiechu. Dawniej nigdy nie widziałem, żeby ryba się śmiała... To jakaś podejrzana sprawa!...
Ja sam zaczynam lubić niedziele. Doglądanie robót przez cały tydzień — to okropnie nużące. Powinno być więcej niedziel. Za dawnych czasów były nudne, ale teraz bardzo by się przydały.
30. Środa
To nie ryba. Absolutnie pojąć nie jestem w stanie, co to może być takiego. Gdy jest z czegoś niezadowolone, podnosi dziwny, przeraźliwy krzyk, a gdy jest zadowolone, mówi: „gu-gu”. Nie jest podobne do nas, ponieważ nie może chodzić; to nie ptak, bo nie lata; nie żaba — bo nie może skakać; nie jest też podobne do węża — nie umie pełzać. I jakkolwiek nie miałem sposobności przekonać się, czy umie pływać, czy też nie, jestem pewien, że to nie ryba. Ciągle leży, po większej części na grzbiecie, podniósłszy nogi do góry. Nigdy nie zdarzyło mi się widzieć, żeby robiło to inne jakieś zwierzę. Powiedziałem, że uważam je za zagadkę; zdziwił ją tylko wyraz, ale ani trochę jej nie zajęło, co on oznacza. Według mego zdania, jest to albo zagadka, albo jakaś nowa odmiana chrabąszczy. Jeżeli umrze, mam zamiar otworzyć mu brzuch i zobaczyć, co ono ma we środku. Nigdy jeszcze nic mnie tak nie zainteresowało, jak to stworzenie.
31, 32, 33. Trzy miesiące później
Im dalej, tym trudniej rozstrzygnąć, co to takiego. Nawet sen mi to odbiera. Kain przestał ustawicznie leżeć i teraz chodzi na czworakach. Odróżnia się jednak od innych czworonogów tym, że przednie nogi ma niezwykle krótkie: skutkiem tego główna część jego ciała sterczy do góry, co wygląda niezbyt estetycznie. Bardzo podobny do nas, ale sposób, w jaki przechodzi z miejsca na miejsce, wskazuje, że pochodzi z rodu kangurów; jest to jednak najwidoczniej niezwykła jakaś odmiana gatunku, ponieważ kangury skaczą, on zaś nigdy tego nie robi. Bądź co bądź jest to odmiana bardzo zajmująca i szczególna, a co najważniejsze, dotychczas jeszcze niezaklasyfikowana. Ponieważ ja ją odkryłem, czułem się w prawie dać jej własną nazwę i przezwałem ją Kangarorum Adamiensis. Musiał być bardzo młody, gdy się do nas dostał, gdyż od tego czasu nadzwyczajnie urósł. Jest teraz pięć razy grubszy, a gdy mu się coś nie podoba, krzyczy dziesięć razy głośniej aniżeli dawniej. Biciem uspokoić go niepodobna — wywołuje to efekt wręcz przeciwny. Byłem przeto zmuszony wyrzec się pierwszego systemu wychowania. Ona uspokaja go słowami, a także tym, że daje mu wszystko, czego, jak sama mówi, nie miała zamiaru mu dawać.
Jak już powiedziałem — tego dnia, kiedy się ono u nas ukazało, nie było mnie w domu, a ona mówiła, że znalazła je w lesie. To szczególne, że było tylko jedno, ale widocznie tak być musiało. Zmęczyłem się okropnie przez te dwa tygodnie, usiłując znaleźć jeszcze jedno dla uzupełnienia mojej kolekcji, a i dlatego także, żeby miało się z kim bawić; nie ulega wątpliwości, że jeśli będzie spokojniejsze, łatwiej nam będzie dać sobie z nim radę. Ale nie znalazłem ani jednego, żadnego nawet śladu; co najdziwniejsze, że nie ma nawet śladów. Jeżeli żyje na ziemi, to jakże może chodzić, nie zostawiając śladów? Zastawiłem z tuzin sideł, ale i to na nic się nie przydało. Wyłapałem wszystkie małe zwierzęta oprócz tego; moim zdaniem, zwierzęta łapią się w sidła jedynie skutkiem ciekawości, żeby się przekonać, co to jest mleko. Nigdy go nie piły.