Mówił dalej:

— Lupin, mojego ojca nie ma w Sabaudii. Znajduje się na drugim końcu Francji, w centrum wielkiego miasta, strzeżony przez dwudziestu naszych przyjaciół, którzy mają rozkaz nie spuszczać go z oczu przed ukończeniem naszej walki. Chcesz szczegółów? Jest w Cherbourgu, w domu jednego z pracowników arsenału, arsenału, który, nie zapominaj o tym, jest zamknięty w nocy i dokąd nie można za dnia dostać się inaczej, jak tylko z upoważnieniem i w towarzystwie przewodnika.

Stanął naprzeciw Lupina i drwił z niego jak dziecko, które pokazuje język koledze.

— Cóż ty na to, mistrzu?

Lupin od kilku minut stał nieruchomo. Ani jeden muskuł nie drgnął na jego twarzy. O czym myślał? Do czego zamierzał się uciec? Kto znał jego dziką gwałtowność i pychę, widział jedno możliwe rozwiązanie: zupełne i ostateczne pognębienie wroga. Jego palce zacisnęły się. Po raz drugi miałem wrażenie, że rzuci się na niego i udusi go.

— Cóż ty na to, mistrzu? — powtórzył Beautrelet.

Lupin wziął leżący na stole telegram, wyciągnął go przed siebie i powiedział całkiem spokojnie:

— Masz, mały, przeczytaj to.

Beautrelet pod wrażeniem łagodności tego gestu nagle spoważniał. Rozwinął papier i zaraz, podniósłszy oczy, szepnął:

— Co to znaczy?... Nie rozumiem.