— W każdym razie rozumiesz pierwsze słowo — rzekł Lupin. — Pierwszy wyraz depeszy... oznacza miejsce, z którego ją wysłano... Patrz... „Cherbourg”.
— Tak... tak... — jąkał się Beautrelet. — Tak... rozumiem... „Cherbourg”... a potem?
— A potem?... Zdaje mi się, że dalszy ciąg jest nie mniej jasny: „Zabranie pakunku zakończone... towarzysze odjechali z nim i będą czekali na instrukcje do ósmej rano. Wszystko w porządku”. Więc cóż ci się tu zdaje niejasne? Wyraz „pakunek”? Ba! Trudno było pisać „pan Beautrelet ojciec”. Więc cóż? Sposób w jaki dokonano tej operacji? Cud, dzięki któremu twój ojciec został porwany z arsenału mimo swych dwudziestu gwardzistów? Ba, to było dziecinnie proste. I koniec końców pakunek został wysłany. Co ty na to, mały?
Izydor z całą wytężoną siłą, z całym rozpaczliwym wysiłkiem starał się zachować dobrą minę. Ale widać było, jak drżą mu usta, ściskają się szczęki, oczy daremnie usiłują skupić się na jednym punkcie. Wyjąkał kilka słów, zamilkł, a potem nagle skulił się i z twarzą ukrytą w dłoniach wybuchnął płaczem:
— Och, tato!... Tato!...
To niespodziewane rozwiązanie, załamanie, którego domagała się miłość własna Lupina, miało w sobie też coś innego, coś nieskończenie wzruszającego i nieskończenie szczerego.
Lupin uczynił ruch zniecierpliwienia i wziął kapelusz, jakby zmęczony tym wybuchem czułostkowości. Lecz u progu zatrzymał się i zawahał, a potem wrócił powoli krok za krokiem.
Cichy odgłos łkań narastał jak smutna skarga małego dziecka przygniecionego zmartwieniem. Ramiona poruszały się rozdzierającym serce rytmem. Pomiędzy splecionymi palcami pojawiły się łzy. Lupin nachylił się i nie dotykając Beautreleta, odezwał się do niego głosem, w którym nie było najmniejszego śladu szyderstwa, ani nawet tej dotkliwej litości zwycięzców:
— Nie płacz, mały. To są ciosy, na które trzeba być przygotowanym, kiedy się rzucamy w wir walki na oślep, jak to zrobiłeś... Czekają cię najgorsze nieszczęścia... Taki los, nas, zapaśników. Trzeba go dzielnie znosić.
Potem łagodnie mówił dalej: