— Widzisz, miałeś rację, nie jesteśmy nieprzyjaciółmi. Wiem o tym od dawna... Od pierwszej chwili czułem dla ciebie, dla istoty inteligentnej, którą jesteś, mimowolną sympatię... nawet podziw... I dlatego chciałbym ci to powiedzieć... Przede wszystkim nie zamartwiaj się... Smutno by mi było, gdybyś się martwił... Muszę ci to powiedzieć... Wiesz co? Lepiej przestań walczyć ze mną... Nie mówię ci tego z próżności... Nie mówię tym bardziej z pogardy... Ale widzisz... ta walka jest zbyt nierówna... Ty nie znasz... nikt nie zna wszystkich sił, którymi rozporządzam... Uważasz, ta tajemnica Wydrążonej Iglicy, którą tak bezskutecznie starasz się odszyfrować, przypuść na chwilę, że to jest skarb ogromny, niewyczerpany... albo kryjówka niewidzialna, cudowna, fantastyczna, albo też jedno i drugie naraz... Pomyśl o nadludzkiej potędze, którą z nich mogę czerpać! A nie wiesz też, jakie siły są we mnie... Nie wiesz, co moja wola i wyobraźnia pozwalają mi podejmować i wykonywać. Pomyśl, że moje życie, mógłbym powiedzieć, od urodzenia jest skierowane ku jednemu celowi, że pracowałem jak galernik, zanim zostałem tym, czym jestem, żeby zrealizować w całej jego doskonałości typ, który chciałem stworzyć... który zdołałem stworzyć... Więc cóż zrobisz? W tej samej chwili, w której będziesz sądził, żeś zwyciężył, zwycięstwo wymknie ci się... Znajdzie się coś, o czym nie pomyślisz... głupstwo, ziarenko piasku, które umieszczę w odpowiednim miejscu bez twojej wiedzy... Proszę cię, przestań... Będę zmuszony zrobić ci coś złego i to mnie smuci...
I kładąc rękę na jego czole, powtórzył:
— Jeszcze raz, mały, przestań. Zrobię ci coś złego. Któż wie, czy pułapka, w którą nieuchronnie wpadniesz, nie jest już rozwarta pod twymi stopami?
Beautrelet wyprostował się. Już nie płakał. Czy słyszał słowa Lupina? Zdaje się, że nie, bo wyglądał na bardzo roztargnionego.
Przez dwie czy trzy minuty milczał. Zdawał się rozmyślać nad decyzją, którą miał powziąć, badać wszystkie za i przeciw, wyliczać szanse przychylne i szanse nieprzychylne.
W końcu powiedział do Lupina:
— Jeśli zmienię treść swojego artykułu, jeśli potwierdzę wersję o pańskiej śmierci i jeśli się zobowiążę, że nigdy nie zaprzeczę fałszywej wersji, którą teraz podam jako prawdziwą, czy przysięga mi pan, że mój ojciec będzie wolny?
— Przysięgam ci to. Moi przyjaciele udali się w automobilu wraz z twoim ojcem do innego miasta prowincjonalnego. Jutro rano o siódmej, jeśli artykuł w „Grand Journal” będzie taki, jakiego od ciebie żądam, zatelefonuję do nich i wypuszczą twojego ojca na wolność!
— Zgoda — rzekł Beautrelet — poddaję się pańskim warunkom.
Nagle, jakby zauważył, że po pogodzeniu się z porażką jego obecność jest tu zbyteczna, wstał, wziął swój kapelusz, pożegnał mnie, pożegnał Lupina i wyszedł.