Lupin patrzył na odchodzącego, wysłuchał hałasu zamykających się drzwi i szepnął:
— Biedaczek...
Następnego dnia o ósmej rano posłałem służącego po „Grand Journal”. Przyniósł mi gazetę dopiero po dwudziestu minutach, gdyż w większości kiosków zabrakło już egzemplarzy.
Gorączkowo rozłożyłem gazetę. Na czele widniał artykuł Beautreleta. Podaję go tu tak, jak go powtórzyły wszystkie dzienniki świata:
„DRAMAT W AMBRUMÉSY
Celem tych niewielu wierszy nie jest drobiazgowe wytłumaczenie pracy refleksyjnej i poszukiwań, dzięki którym udało mi się zrekonstruować dramat, a raczej dwa dramaty w Ambrumésy. Moim zdaniem ten rodzaj pracy i komentarze, które się z nim wiążą, dedukcje, indukcje, analizy itd., wszystko to jest niezbyt interesujące, a w każdym razie mocno banalne. Nie, zadowolę się wyłożeniem dwu wiodących idei, którymi się kierowałam, a kiedy to zrobię, okaże się, że wykładając je i rozwiązując oba problemy, które podnoszą, opowiem całą tę sprawę całkiem po prostu, jak ona miała miejsce, z zachowaniem nawet porządku faktów, które się na nią złożyły.
Może ktoś zauważy, że niektóre z tych faktów nie są udowodnione i że sporą część zostawiam hipotezie. To prawda. Lecz sądzę, że moja hipoteza jest ugruntowana na dosyć znacznej liczbie pewników, wystarczających, żeby następstwo faktów, nawet nieudowodnionych, narzuciło się stanowczo. Źródło gubi się często pod łożyskiem kamiennym, a mimo to jest to to samo źródło, które się widzi w przerwach odzwierciedlających błękit nieba...
Podaję najpierw pierwszą zagadkę — zagadkę dotyczącą nie szczegółu, lecz ogółu — która mnie zastanowiła: jak się to stało, że Lupin, śmiertelnie ranny, można rzec, żyje co najmniej czternaście dni, bez opieki, bez lekarstw, bez żywności, na dnie ciemnej jamy?
Zacznijmy od początku. W czwartek 16 kwietnia Arsène Lupin, przyłapany podczas jednego ze swych najśmielszych włamań, ucieka pomiędzy ruinami i pada zraniony kulą. Wlecze się z trudem, upada i dźwiga się z rozpaczliwą nadzieją dojścia do kaplicy. Tam znajduje się krypta, którą mu wskazał przypadek. Jeśli zdoła tam wśliznąć się, może ocaleje. Zebrawszy wszystkie siły, zbliża się do niej, jest już o kilka metrów od niej, gdy wtem słyszy odgłos kroków. Wyczerpany, poddaje się. Nieprzyjaciel nadchodzi. To panna Rajmunda de Saint-Véran.
Taki jest prolog, a raczej pierwsza scena dramatu.