Nieznajomy wszedł do ciemnego lasu, leżącego nad rzeką, a potem zjawił się znowu na horyzoncie.

Kiedy z kolei Beautrelet wyszedł z lasu, zdziwił się, że już nie widzi tego osobnika. Rozglądał się za nim, gdy wtem omal nie krzyknął i jednym susem cofnął się w las. Z prawej strony widniały ogromne mury zamku.

To tam! To tam! Te mury więżą jego ojca! Znalazł tajemne miejsce, w którym Lupin trzyma swe ofiary!

Nie odważył się już opuszczać kryjówki, którą oferowało gęste listowie lasu. Powoli, prawie pełzając, przemieścił się na prawo i w ten sposób dotarł na szczyt pagórka, który sięgał wierzchołków pobliskich drzew. Mury wznosiły się jeszcze wyżej. Spostrzegł też dach, który je pokrywał, stary dach z czasów Ludwika XIII19, z wieżyczkami otaczającymi jedną, ostro wystrzelającą ponad inne.

Na ten dzień Beautrelet miał dosyć. Musiał się zastanowić i przygotować jak najstaranniej plan ataku. Górował teraz nad Lupinem i do niego należał wybór godziny i sposobu walki.

Odszedł.

W pobliżu mostu napotkał dwie wieśniaczki, które niosły wiadra pełne mleka. Zapytał je:

— Jak się nazywa ten zamek, tam, za drzewami?

— To, panie, to jest zamek Iglica.

Zadał pytanie, nie przywiązując do niego żadnej wagi. Odpowiedź poruszyła go.