Pokazał mu wielki klucz, cały zardzewiały i wyglądający na bardzo stary.
— Klucz do?... — zapytał Beautrelet.
— Małej furtki, ukrytej między dwiema przyporami22, porzuconej od wieków, której nie uważałem nawet za potrzebne pokazywać swemu najemcy. Wychodzi na okolicę, dokładnie na skraju lasu.
Beautrelet przerwał mu prędko.
— Oni je znają, to wyjście... To oczywiście tamtędy dostał się do parku człowiek, którego śledziłem. Dalej, gra jest ładna i wygramy. Ale trzeba się, do licha, wziąć w karby!
W dwa dni później do Crozant przybył cygański wózek zaprzężony w wychudłą szkapę. Woźnica otrzymał pozwolenie na zatrzymanie się w opuszczonej szopie na krańcu wsi. Prócz woźnicy, którym był nie kto inny, tylko Valméras, było tam jeszcze trzech młodych ludzi zajętych wyplataniem krzeseł z wikliny: Beautrelet i dwaj jego koledzy z liceum Janson.
Spędzili tam trzy dni, czekając na sposobną noc i myszkując wokół parku. Pewnego razu Beautrelet zobaczył furtkę. Wciśnięta pomiędzy dwie przypory, za zasłoną z krzaków jeżyn, prawie zlewała się ze wzorem utworzonym przez kamienie muru.
Nareszcie czwartego wieczora niebo pokryło się gęstymi chmurami i Valméras zadecydował, że trzeba pójść na zwiady, ryzykując oczywiście odwrót, gdyby okoliczności nie sprzyjały.
Wszyscy czterej przeszli przez lasek. Potem Beautrelet wszedł między krzaki jeżyn, drapiąc przy tym ręce, i podniósłszy się do połowy, powoli, z wielką ostrożnością wetknął klucz do otworu. Obrócił delikatnie. Czy drzwi się otworzą pod jego naciskiem? Czy nie były zamknięte z drugiej strony na rygiel? Pchnął. Drzwi otwarły się bez skrzypnięcia, bez szarpnięcia. Znalazł się w parku.
— Jest pan tam, panie Beautrelet? — zapytał Valméras. — Proszę zaczekać na mnie. A wy, drodzy panowie, czuwajcie nad tymi drzwiami, żeby nam nie odcięto odwrotu. W razie najmniejszej obawy zagwiżdżcie.