— Ba, jedna pigułka...
— Dziękuję panu. Lecz przypuśćmy, że pan się im wymknie. Cóż potem? Jak wedrze się pan do zamku? Drzwi wejściowe są masywne, okna zakratowane. A zresztą, gdyby pan wszedł, któż pana poprowadzi? Tam jest osiemdziesiąt pokoi.
— Tak, ale... ten pokój z dwoma oknami na drugim piętrze?...
— Znam go, nazywamy go Pokojem Glicynii. Lecz jak go pan znajdzie? Tam są trzy ciągi schodów i cały labirynt korytarzy. Choćbym panu opisał, którędy trzeba iść, zgubi się pan.
— Więc niech pan jedzie ze mną — rzekł, śmiejąc się, Beautrelet.
— Nie mogę. Obiecałem pojechać do matki, na południe.
Beautrelet wrócił do przyjaciela, który przyjął go w gościnę i zaczął przygotowania. Jednak pod koniec dnia, kiedy już sposobił się do wyjazdu, odwiedził go Valméras.
— Czy nadal chce pan zabrać mnie ze sobą?
— Czy chcę!
— Więc zgoda! Pojadę z panem. Wyprawa mnie pociąga. Sądzę, że nie będziemy się nudzili i chętnie wmieszam się w to wszystko. A poza tym mój współudział nie będzie dla pana bezużyteczny. Widzi pan, oto już początek współpracy.