Zeszli we czwórkę. Na dole schodów Valméras przystanął i pochylił się nad pokonanym człowiekiem, a potem, prowadząc ich do pokoju terasowego, powiedział:
— Nie jest martwy. Będzie żył.
— Ach! — westchnął Beautrelet z ulgą.
— Na szczęście mój nóż się ześlizgnął... cios nie jest śmiertelny. A zresztą, cóż, te gałgany nie zasługują na litość.
Na zewnątrz przywitały ich dwa psy i odprowadziły aż do furtki. Tam Beautrelet odnalazł obu swych przyjaciół. Mała gromadka wyszła z parku. Była trzecia rano.
To pierwsze zwycięstwo nie mogło Beautreletowi wystarczyć. Gdy tylko ulokował ojca i dziewczynę, zaczął ich wypytywać o ludzi przebywających w zamku, w szczególności o Arsène’a Lupin. Dowiedział się, że Lupin przyjeżdża tylko co trzy czy cztery dni, przybywając wieczorem automobilem i odjeżdżając rano. Podczas każdej swej bytności odwiedzał oboje więźniów i oboje zgodnie chwalili jego szacunek i ogromną uprzejmość. Na razie, zdaje się, nie było go w zamku.
Poza nim widywali tylko jakąś starą kobietę prowadzącą gospodarstwo domowe i dwóch mężczyzn, którzy ich strzegli kolejno i nie rozmawiali z nimi wcale, widocznie dwóch podwładnych, sądząc z ubrania i twarzy.
— Tak czy owak dwaj wspólnicy — stwierdził Beautrelet — a raczej trzej, licząc ze starą kobietą. To zdobycz nie do pogardzenia. I jeśli nie będziemy tracili czasu...
Siadł na rower, pojechał do Eguzon, zbudził żandarmów, kazał trąbić wsiadanego i wrócił do Crozant o ósmej wraz z sierżantem i ośmioma żandarmami. Dwaj z nich zostali na straży przy wejściu. Dwaj inni stanęli przed furtką. Pozostali czterej pod wodzą sierżanta, w towarzystwie Beautreleta i Valmérasa, podążyli do głównego wejścia zamku. Za późno. Brama była już szeroko otwarta. Jakiś wieśniak powiedział im, że przed godziną widział wyjeżdżający z zamku automobil.
Rzeczywiście, poszukiwania nie dały żadnego rezultatu. Według wszelkiego prawdopodobieństwa banda musiała się tu umieścić tylko przelotnie. Znaleźli kilka ubrań, trochę bielizny, przybory kuchenne, i to było wszystko.