Na początku października maturzysta Izydor Beautrelet pojechał do Paryża, żeby podjąć dalsze studia i przygotować się do egzaminu. I zaczęło się teraz życie spokojne, bez wypadków. Cóż mogło się zdarzyć? Czyż wojna nie była skończona?

Lupin musiał to doskonale wyczuwać, jak również to, że nie pozostawało mu nic innego, jak uznać fakty dokonane, gdyż pewnego dnia pojawiły się także dwie jego inne ofiary: Ganimard i Herlock Sholmes. Ich powrót do życia na tym świecie nie był zresztą wcale otoczony aureolą cudowności. Oto pewien szmaciarz znalazł ich na quai des Orfèvres26, naprzeciw prefektury policji, związanych i uśpionych.

Po tygodniu zupełnego oszołomienia udało się im odzyskać kontrolę nad tokiem swych myśli i opowiedzieli — a raczej opowiedział Ganimard, gdyż Sholmes zaciął się w uporczywym milczeniu — że odbywali na pokładzie jachtu Jaskółka podróż dookoła Afryki, podróż uroczą, pouczającą, podczas której mogli uważać się za zupełnie wolnych, z wyjątkiem kilku godzin, które musieli spędzać pod pokładem, kiedy okręt zawijał do egzotycznych portów.

Zaś co do swego wylądowania na quai des Orfèvres, nie przypominali sobie nic, uśpieni bez wątpienia od kilku dni.

To wypuszczenie na wolność było przyznaniem się do klęski. Nie walcząc dalej, Lupin proklamował ją bez zastrzeżeń.

Poza tym jedno wydarzenie podkreśliło jeszcze bardziej jego klęskę: ślub Ludwika Valméras i panny de Saint-Véran. Ich zbliżenie się, spowodowane przez bieżące wypadki, obudziło w dwojgu młodych wzajemną miłość. Valméras uległ melancholijnemu urokowi Rajmundy, zaś jej, zranionej przez życie, pragnącej, opieki, zaimponowała siła i energia tego, który niemało przyczynił się do jej oswobodzenia.

Dnia ślubu wyczekiwano z pewnym niepokojem. Czy Lupin nie podejmie walki na nowo? Czy zgodzi się bez protestu na stratę ukochanej kobiety? Dwa czy trzy razy widziano koło willi jakieś podejrzane indywidua, a Valméras pewnego wieczora musiał nawet bronić się przed rzekomym pijakiem, który strzelił do niego i przestrzelił mu kapelusz. Lecz koniec końców ceremonia odbyła się w oznaczonym terminie i Rajmunda de Saint-Véran została panią Ludwikową Valméras.

Zdawało się, że samo przeznaczenie stanęło po stronie Beautreleta i podpisało obwieszczenie zwycięstwa. Tłum wyczuwał to doskonale i właśnie wtedy zrodził się wśród jego wielbicieli pomysł wielkiego bankietu na cześć zwycięstwa, które Beautrelet odniósł nad Lupinem. Pomysł wzbudził ogromny entuzjazm. W ciągu dwóch tygodni nadeszło trzysta zgłoszeń do współudziału. Wysłano zaproszenia do liceów paryskich, dla dwu uczniów z każdej klasy maturalnej. Prasa zaintonowała hymny. A bankiet był tym, czym być musiał: apoteozą27.

Ale apoteozą uroczą i prostą, gdyż bohaterem jej był Beautrelet. Jego obecność wystarczyła, żeby wszystko znalazło się w swoich granicach. Okazał się skromny jak zazwyczaj, trochę zdziwiony z powodu burzliwych oklasków, trochę zawstydzony przesadnymi pochwałami, w których stwierdzano jego wyższość nad najsławniejszymi agentami policji... Trochę zawstydzony, lecz także bardzo wzruszony.

Powiedział to w kilku słowach, które podobały się wszystkim, ze zmieszaniem dziecka, które rumieni się od wielu spojrzeń. Wypowiedział swą radość i swą dumę. Rzeczywiście, chociaż tak roztropny, tak panujący nad sobą, doznał wówczas minut niezapomnianego upojenia. Uśmiechał do swych przyjaciół, do swych kolegów z liceum Janson, do Valmérasa, przybyłego specjalnie, żeby go oklaskiwać, do hrabiego de Gesvres, do swego ojca.