— A więc?

— A więc, ponieważ dokument, którego tekst znam, jest autentyczny, ponieważ widziałem na własne oczy ślady czerwonych pieczęci, ponieważ sama Maria Antonina poświadcza własnoręcznym podpisem, że całe opowiadanie o broszurze streszczonej przez pana Massiban jest autentyczne, ponieważ naprawdę istnieje historyczny problem Wydrążonej Iglicy, jestem pewny, że mi się powiedzie.

— Jak? Czy ten dokument jest autentyczny czy nie, jeśli nie zdoła go pan odczytać, na nic się panu nie przyda, gdyż Ludwik Szesnasty zniszczył książkę, która zawierała wyjaśnienie.

— Tak, ale drugi egzemplarz, wyrwany z płomieni przez kapitana gwardii Ludwika Czternastego, nie uległ zniszczeniu.

— Skąd pan o tym wie?

— Proszę mi udowodnić, że jest inaczej.

Beautrelet zamilkł, potem powoli, z zamkniętymi oczyma, jakby starał się sprecyzować i zebrać myśli, mówił:

— Posiadacz tajemnicy, kapitan gwardii, podaje jej cząstki w dzienniku, który odnajduje jego prawnuk. Potem cisza. Rozwiązania zagadki nie podaje. Dlaczego? Ponieważ pokusa skorzystania z tajemnicy nęka go coraz bardziej i wreszcie jej ulega. Dowód? Jego zamordowanie. Dowód? Znaleziony przy nim wspaniały klejnot, który bez zwątpienia wziął z owego królewskiego skarbu, którego kryjówka, nieznana nikomu, stanowi właśnie tajemnicę Wydrążonej Iglicy. Lupin mi o tym powiedział. Lupin nie kłamał.

— Więc z tego pan wnosi, panie Beautrelet?...

— Wnoszę z tego, moi przyjaciele, że należy nadać tej sprawie jak największy rozgłos, żeby za pośrednictwem gazet dotarło do ogólnej wiadomości, że poszukujemy książki zatytułowanej Traktat o Iglicy. Może odnajdzie się gdzieś w głębi jakiejś prowincjonalnej biblioteki.