„Słyszałem, że opowiadano nieżyjącemu już p. de Caumartin, intendentowi finansów i przyjacielowi ministra Chamillarda, że król pewnego dnia wyjechał nagle w swej karecie na wieść, że p. de Larbeyrie został zamordowany i ograbiony ze wspaniałych klejnotów. Był ogromnie wzburzony i powtarzał: »Wszystko stracone... wszystko stracone...«. Następnego roku syn tego Larbeyrie i jego córka, która wyszła za markiza de Vélines, zostali wygnani ze swych posiadłości w Prowansji i Bretanii. Niewątpliwie jest w tym coś szczególnego”.

Ze swej strony dodam, że p. de Chamillard według Voltaire’a był ostatnim ministrem, który znał dziwną tajemnicę Żelaznej Maski.

Widzi więc pan korzystne wnioski, które można wyciągnąć z tego ustępu, i widoczny związek, zachodzący między tymi dwoma przygodami. Co do mnie, nie ośmielam się wysuwać zbyt konkretnych hipotez co do zachowania się, podejrzeń i obaw Ludwika XIV w tych okolicznościach, lecz czyż nie wolno z drugiej strony przypuszczać, wobec tego, że p. de Larbeyrie zostawił syna, prawdopodobnie obywatela-oficera Larbrie, i córkę, czyż nie wolno, powtarzam, przypuszczać, iż pewna część papierów po Larbeyrie przypadła tej córce i że wśród tych papierów znajdował się ów sławny egzemplarz, który kapitan gwardii ocalił od płomieni?

Zbadałem rocznik zamków. Otóż w okolicy Rennes mieszka niejaki baron de Vélines. Czyżby to był potomek markiza?

Na wszelki wypadek wczoraj napisałem do niego, czy nie posiada jakiejś starej książeczki, której tytuł zawierałby wyraz „iglica”. Czekam na jego odpowiedź.

Z największą przyjemnością porozmawiałbym z panem o tych sprawach. Jeśli to dla pana nie kłopot, proszę mnie odwiedzić. Proszę przyjąć itd. itd.

PS. Naturalnie nie podaję do gazet tych drobnych odkryć. Teraz, kiedy pan zbliża się do celu, konieczna jest zupełna dyskrecja.

Beautrelet był tego samego zdania. Poszedł nawet dalej: dwóm dziennikarzom, napastującym go tego rana, podał najbardziej fantastyczne informacje co do stanu swych badań i swych planów.

Po południu poszedł spiesznie do pana Massiban, który mieszkał przy quai Voltaire 17. Ku swemu wielkiemu zdumieniu dowiedział się, że Massiban właśnie niespodzianie wyjechał, zostawiając mu kilka słów, w razie gdyby się zjawił.

Izydor rozpieczętował i przeczytał: