— Czy baron de Vélines może mnie przyjąć?
I podał swój bilet.
— Pan baron jeszcze nie wstał, ale jeśli zechce pan zaczekać...
— Czy nie pytał tu już ktoś o pana barona, taki pan z siwą brodą, trochę zagiętą? — rzekł Beautrelet, który znał Massibana z fotografii podanych przez dzienniki.
— Tak, ten pan przyszedł przed dziesięcioma minutami; wprowadziłem go do salonu. Jeśli pan zechce również pójść za mną...
Spotkanie Massibana i Beautreleta było bardzo serdeczne. Izydor podziękował staruszkowi za pierwszorzędnej wagi wskazówki, które mu zawdzięczał, a Massiban wyraził mu swój najgorętszy podziw. Potem wymienili się wrażeniami na temat dokumentu i szans odkrycia książki, a Massiban powtórzył to, co w Rennes słyszał o panu de Vélmes. Był to człowiek sześćdziesięcioletni, który jako wdowiec od wielu lat żył w zupełnym odosobnieniu wraz z swą córką, Gabrielą de Villemon, którą okrutnie dotknęła strata męża i starszego syna, zmarłych w wypadku automobilowym.
— Pan baron prosi panów na górę.
Służący poprowadził ich na pierwsze piętro, do wielkiego pokoju o gołych ścianach, skromnie umeblowanego biurkami, szafkami i stołami pokrytymi papierami i księgami rachunkowymi.
Baron przyjął ich z wielką uprzejmością i z tą wielką potrzebą mówienia, której doznają ludzie zbyt osamotnieni. Mieli dużo kłopotu z wyłożeniem powodu swych odwiedzin.
— A, tak, wiem, to pan w tej sprawie do mnie pisał, panie Massiban. Chodzi o książkę dotyczącą jakiejś iglicy, którą powinienem był odziedziczyć po przodkach, czy tak?