— Istotnie.
— Powiadam panu, że najzupełniej rozszedłem się ze swymi przodkami. Dziwaczne idee miewano w tamtych czasach. Ja jestem dzieckiem swojej epoki. Zerwałem z przeszłością.
— Dobrze — zauważył zniecierpliwiony Beautrelet — ale czy przypomina pan sobie, czy widział pan kiedykolwiek taką książkę?...
— Ależ tak, przecież telegrafowałem panu — zawołał, zwracając się do Massibana, który rozdrażniony chodził po pokoju tam i z powrotem i wyglądał przez wysokie okna. — Ależ tak... a przynajmniej zdawało się mojej córce, że widziała ten tytuł pośród tysięcy książek zawalających bibliotekę, tam na górze... Gdyż dla mnie, panowie, lektura... Ja nie czytam nawet gazet... Moja córka czasami, i to chyba tylko wówczas, kiedy mały Jurek, synek, który jej został, ma się dobrze... A ja, żeby mi tylko wpływały czynsze, żeby moje dobra były w porządku!... Widzicie, panowie, moje księgi rachunkowe, ja w nich żyję i przyznam się panom, że absolutnie nie znam początku tej historii, o której mi pan pisał w liście, panie Massiban...
Izydor Beautrelet, podrażniony tą gadaniną, przerwał mu niegrzecznie:
— Przepraszam pana, ale ta książka...
— Moja córka jej szukała, szukała od wczoraj.
— No i?
— No i znalazła ją, godzinę temu czy dwie. Kiedyście panowie przybyli...
— A gdzież ona jest?