— Dziś rano sama ją tu zniosłam, kiedy oznajmiono przybycie pana Massiban.
— Więc?
— Więc nic nie rozumiem... Chyba, żeby... ale nie...
— Co?
— Jurek... mój syn... dziś rano... Jurek bawił się tą książką.
Wyszła szybko, a za nią Beautrelet, Massiban i baron. Chłopczyka nie było w jego pokoju. Szukano go wszędzie. Nareszcie znaleziono go bawiącego się za zamkiem. Ale te trzy osoby wyglądały na tak poruszone i zapytano go z taką stanowczością, że wybuchnął płaczem.
Wszyscy biegali tu i tam. Wypytywano służbę. Robił się rwetes nie do opisania.
Beautrelet miał straszliwe wrażenie, że prawda wymyka mu się jak woda przeciekająca pomiędzy palcami.
Z wielkim wysiłkiem zapanował nad sobą, podał ramię pani de Villemon i poszli wraz z baronem i Massibanem do salonu. Tam powiedział do niej:
— Książka jest niekompletna, no dobrze, dwie kartki wydarte... ale przecież pani je przeczytała, prawda?