Ukłonił się raz jeszcze, podziękował panu de Vélines za uprzejmą gościnność, wziął swą laskę, zapalił papierosa, ofiarował papierosa baronowi, skłonił się okrągłym ruchem kapelusza wszystkim wkoło, Beautreletowi rzucił protekcjonalne:

— Do widzenia, mały!

Po czym wyszedł spokojnie, puszczając służącym pod nos kłęby dymu...

Beautrelet odczekał kilka minut. Pani de Villemon, uspokojona, czuwała nad synem. Podszedł do niej, żeby po raz ostatni spróbować. Ich oczy spotkały się. Nic nie powiedział. Zrozumiał, że teraz już nigdy, bez względu na wszystko, nie będzie mówiła. Zatem i tu, w głowie tej matki tajemnica Wydrążonej Iglicy została pogrzebana tak samo głęboko, jak w mrokach przeszłości.

Zrezygnował i odszedł.

Było pół do jedenastej. Pociąg odchodził o jedenastej pięćdziesiąt. Powoli przeszedł aleją parku i podążał drogą prowadzącą do stacji.

— No, i cóż o niej powiesz?

Był to Massiban, a raczej Lupin, który wyszedł z lasu sąsiadującego z drogą.

— Nieźle wymyślone, prawda? Twój stary przyjaciel umie tańczyć na linie? Jestem pewien, że jeszcze nie oprzytomniałeś i zadajesz sobie pytanie, czy człowiek nazwiskiem Massiban, członek Akademii Inskrypcji i Literatury Pięknej, w ogóle kiedykolwiek istniał? Ależ tak, istnieje. Pokażę ci go, jeśli będziesz grzeczny. Lecz najpierw muszę ci zwrócić rewolwer... Patrzysz, czy nabity? Ależ tak, kochany. Pięć kul, które zostały, z których każda mogła mnie wysłać ad patres51... No, wkładasz go do kieszeni?... No widzisz, wolę to niż to, co tam zrobiłeś... Paskudny poryw!... Ale cóż, jest się młodym, spostrzega się nagle — w mgnieniu oka! — że się jeszcze raz natknęło na tego przeklętego Lupina i że on jest tu, o trzy kroki... Paff, strzela się... Nie gniewam się na ciebie, wcale nie... Na dowód zapraszam cię do swego autka: sto koni52. Zgoda?

Włożył palce do ust i gwizdnął.