Po siedmiu czy ośmiu sekundach zerwał się, zostawiając oszołomionego, dyszącego Beautreleta. Trzymał w ręku jego rewolwer.
— Tak... dobrze... Nie ruszaj się... Masz dosyć. Ale trzeba ci było dużo czasu, żeby mnie poznać... No cóż, czy dobrze ucharakteryzowałem się na Massibana?
Wyprostował się, mocny, potężny, straszliwy, i śmiał się szyderczo, patrząc na osłupiałych trzech służących i przerażonego barona.
— Izydorze, palnąłeś głupstwo. Gdybyś im nie powiedział, że jestem Lupin, rzuciliby się na mnie. A takie zuchy, jak oni, Boże, cóż by się ze mną stało! Jeden na czterech!
Zbliżył się do nich.
— Dalej, moje dzieci, nie bójcie się... Nic wam nie zrobię... No, chcecie po kawałeczku cukru? To was pokrzepi. A ty na przykład, ty zwrócisz mi mój stufrankowy banknot. Tak, tak, poznaję cię. To tobie zapłaciłem niedawno, żebyś zaniósł list do swojej pani... Dalej, prędzej, zły sługo...
Wziął niebieski banknot, który mu podał służący, i podarł go na drobne kawałki.
— Pieniądze zdrady... palą mi palce...
Chwycił swój kapelusz i ukłonił się głęboko pani de Villemon.
— Czy mi pani przebacza? Koleje życia, zwłaszcza mojego, zmuszają często do okrucieństw, wobec których ja pierwszy się rumienię. Ale niech się pani nie lęka o syna, to zwykłe ukłucie, lekkie ukłucie w ramię, które wykonałem, gdy go wypytywano. Najdalej za godzinę nie będzie śladu... Jeszcze raz proszę o przebaczenie. Ale potrzebowałem pani milczenia.