Czy będzie mówiła? Wierzył, spodziewał się tego. Wyjąkała kilka zgłosek. Lecz drzwi znowu się otworzyły. Tym razem weszła służąca. Była przerażona.

— Proszę pani... panicz Jurek... panicz Jurek...

Naraz matka odzyskała wszystkie siły. Szybciej od innych, gnana niezawodnym instynktem, zbiegła ze schodów, przebiegła przedsionek i pobiegła na taras. Tam na fotelu leżał rozciągnięty, nieruchomy Jurek.

— No cóż? Śpi!

— Zasnął nagle, proszę pani — rzekła służąca. — Chciałam mu przeszkodzić, zanieść do pokoju. Ale już spał, a jego ręce... jego ręce były zimne.

— Zimne! — wyjąkała matka. — Tak, prawda... mój Boże, mój Boże... żeby się tylko obudził!

Beautrelet wsunął dłoń do kieszeni spodni, chwycił rękojeść rewolweru, położył palec wskazujący na spuście, wydobył nagle broń i strzelił do Massibana.

Massiban, który widocznie śledził ruchy młodego człowieka, uchylił się przed kulą. Lecz już Beautrelet rzucił się na niego, wołając na służbę:

— Do mnie!... To Lupin!...

Massiban pod ciężarem uderzenia upadł na jeden z plecionych foteli.