— To mi oddał jakiś ulicznik.
Pani de Villemon rozpieczętowała, przeczytała i bliska omdlenia, chwyciła się ręką pod serce.
Papier wysunął się z jej ręki na ziemię. Beautrelet podniósł go i nie usprawiedliwiwszy się nawet, przeczytał:
Proszę milczeć. Bo inaczej pani syn się nie obudzi.
— Mój syn... mój syn... — jąkała, tak osłabiona, że nie była nawet w stanie pobiec na pomoc zagrożonemu dziecku.
Beautrelet uspokajał ją.
— To nie jest na poważnie... to żart. Bo komu by na tym zależało?...
— Chyba że to Arsène Lupin — zauważył Massiban.
Beautrelet dał mu znak, żeby milczał. Dobrze wiedział, że wróg tam był, czujny i zdecydowany na wszystko, i właśnie dlatego chciał wydrzeć z pani de Villemon ostatnie słowa, na które tak długo czekał, i to wydrzeć je zaraz, w tej chwili.
— Błagam panią, niech pani się opamięta. Jesteśmy tu wszyscy. Nie ma żadnego niebezpieczeństwa.