Kiedy się zbudził, Lupin czytał. Beautrelet nachylił się, żeby zobaczyć tytuł książki. Były to Seneki54 Listy do Lucyliusza.

Rozdział VIII. Od Cezara do Lupina

„Tam do diabła! Ja, Lupin, potrzebowałem dziesięciu dni. Tobie trzeba będzie dziesięciu lat!”

To zdanie, wygłoszone przez Lupina, ogromnie wpłynęło na Beautreleta.

Lupin, w gruncie rzeczy bardzo spokojny i zawsze panujący nad sobą, miewał jednakże chwile egzaltacji i tej romantycznej wylewności, równocześnie teatralnej i szczerej, w których wyrywały mu się pewne wyznania, nierozważne słowa, dające Beautreletowi wiele do myślenia.

Słusznie czy nie, Beautrelet sądził, że w tym zdaniu zawierało się właśnie jedno z owych mimowolnych wyznań. Miał zatem prawo wnioskować, że jeśli Lupin zestawiał swoje wysiłki z jego usiłowaniami w dochodzeniu prawdy co do Wydrążonej Iglicy, to znaczyło, że obaj posiadali te same środki wiodące do celu, że Lupin nie miał wcale odmiennych danych do powodzenia niż jego przeciwnik. Szanse były te same. Otóż z tymi samymi szansami, z tymi samymi danymi powodzenia, z tymi samymi środkami Lupinowi wystarczyło dziesięć dni.

Jakież były te dane, te środki, te szanse? Wszystko redukowało się bez wątpienia do znajomości broszury, którą Lupin znalazł z pewnością, tak samo jak Massiban, przypadkiem, dzięki której udało mu się odnaleźć w modlitewniku Marii Antoniny niezbędny dokument.

Zatem broszura i dokument to dwie podstawy, na których oparł się Lupin. Na nich zbudował cały gmach. Żadnej innej pomocy. Badanie broszury i dokumentu, to wszystko.

Więc cóż, czyż i on, Beautrelet, nie mógł budować na tym samym gruncie? Po co ta niemożliwa walka? Po co te daremne dochodzenia, po których, był tego pewny, dojdzie, jeśli nawet uda mu się uniknąć zastawionych przed nim zasadzek, do zupełnie błahych wyników?

Jego decyzja była jasna i natychmiastowa, a wykonując ją, miał szczęśliwe przeczucie, że jest na dobrej drodze. Przede wszystkim opuścił bez zbytecznych wyrzutów swego kolegę z Janson de Sailly i zabrawszy swą walizkę, po długich poszukiwaniach ulokował się w małym hotelu w centrum Paryża. Z hotelu nie wychodził całymi dniami. Co najwyżej schodził do wspólnego stołu. Resztę czasu poświęcał rozmyślaniach przy zamkniętych na klucz drzwiach i spuszczonych dokładnie storach.