W środku groty można było wygodnie stać. Jej ściany pokrywało mnóstwo napisów. Wybity w skale, prawie kwadratowy otwór wychodził niby okienko w stronę lądu, wprost na fort Fréfossé, którego blanki widniały o jakieś trzydzieści metrów.
Beautrelet zdjął swój tobołek i usiadł. Dzień był ciężki i nużący. Zdrzemnął się na chwilę.
Zbudził go chłodny wiatr.
Przez kilka chwil siedział nieruchomo, roztargniony i wodził błędnie oczyma. Usiłował skupić rozproszone myśli. Miał już wstać, gdy wtem zobaczył zdumionymi oczami...
— Nie... nie... — szeptał. — To sen, halucynacja... Zobaczmy, czy to możliwe.
Ukląkł prędko i pochylił się.
Zobaczył wyraźnie dwie ogromne litery, może na stopę57 każda, wyryte na wypukło w granicie posadzki, z grubsza, lecz wyraźnie, zaokrąglone od starości na krawędziach i zatarte litery: P i F.
P i F! O cudzie! Właśnie dwie duże litery z dokumentu! Ach! Beautrelet nie potrzebował zaglądać do kopii, żeby zobaczyć tę grupę liter w czwartym wierszu, podającym miary i wskazówki! Znał ją doskonale! Były wypisane na zawsze na dnie jego źrenic, odbite na zawsze w jego mózgu!
Wstał, zszedł stromą ścieżką, poszedł wzdłuż starożytnego fortu, przedarł się przez kratę i ruszył szybko w kierunku pasterza, którego trzoda pasła się trochę dalej.
— Ta grota, tam... ta grota...