Zrozumiał! Objawiło mu się prawdziwe znaczenie dokumentu! Pokój Panieński... Etretat...
„To to... — myślał. — To musi być to... Ale że też sam tego wcześniej nie odgadłem?”
Powiedział cicho do pasterza:
— Dobrze... idź... możesz iść... dziękuję.
Pasterz zagwizdał na psa i odszedł.
Beautrelet przeczekał chwilę i wrócił do fortu. Już go prawie mijał, gdy nagle padł na ziemię, przykucnął za kawałkiem muru i pomyślał, zaciskając pięści:
„Czy ja zwariowałem? A jeśli on mnie widzi? Jeśli jego wspólnicy mnie widzą? Plączę się tu od godziny...”
Nie poruszył się więcej.
Słońce zaszło. Powoli zaczęła zapadać noc, zacierając zarysy przedmiotów.
Wówczas, ostrożnie pełznąc na brzuchu, doczołgał się do jednego z cyplów przylądka, do najdalszej krawędzi urwiska.