Wyczekując odpowiedzi, spędził dwie następne noce w Pokoju Panieńskim. Spędził je pełen strachu, szmery nocy przerażały go. Co chwila zdawało się mu, że zbliżają się do niego jakieś cienie. Wiedziano o jego obecności w grocie... idą go zadusić...
Mimo to z rozpaczliwym wysiłkiem woli uparcie wpatrywał się w ścianę.
Pierwszej nocy nic się nie poruszyło, ale następnej przy świetle gwiazd i nikłego księżyca w nowiu zobaczył, jak drzwi się otwarły i jakieś sylwetki wyłoniły się z ciemności. Naliczył ich pięć...
Zdawało się mu, że ci ludzie nieśli jakieś duże przedmioty. Poszli wprost na przełaj przez pola do drogi prowadzącej do Hawru; usłyszał hałas oddalającego się automobilu.
Szedł za nimi, lecz potem wrócił, obszedł duże gospodarstwo i na zakręcie drogi zaledwie miał czas, żeby wdrapać się na skarpę i schować za drzewami. Przeszło jeszcze pięciu ludzi, wszyscy nieśli pakunki. A po dwóch minutach odjechał drugi automobil.
Tym razem nie miał już siły wrócić na swoje stanowisko i poszedł spać do hotelu.
Kiedy się obudził, chłopak hotelowy przyniósł mu list. Otworzył go. Była to wizytówka Ganimarda.
— Nareszcie! — zawołał Beautrelet, który po tak twardej walce zaczął istotnie odczuwać potrzebę pomocy.
Poskoczył z wyciągniętymi rękoma do Ganimarda. Ganimard ujął jego dłonie, patrzył na niego przez chwilę i rzekł:
— Spryciarz z pana nie lada, młody człowieku!