Sala była słabo oświetlona promieniami światła, dochodzącymi z drugiego końca. Zbliżywszy się, spostrzegli, że to była szczelina w urwisku, zrobiona w występie ściany i tworząca rodzaj obserwatorium. Przed nimi, pięćdziesiąt metrów dalej, wznosił się z wody potężny blok Iglicy. Po prawej, bardzo blisko, znajdował się łuk Bramy Aval, a z lewej, bardzo daleko, zamykał harmonijne zagięcie zatoki drugi łuk, jeszcze wspanialszy, odcinający się od brzegu, zwany Manneporte (magna porta61), tak wielki, że przepłynąłby pod nim statek z postawionymi masztami i rozwiniętymi żaglami. Dalej wszędzie morze.
— Nie widzę żadnej flotylli — powiedział Beautrelet.
— Nie da się — odparł Ganimard. — Brama Aval zasłania nam całe wybrzeże Etretat i Yport. Ale niech no pan zobaczy, tam daleko, na pełnym morzu, ta czarna linia na wodzie...
— No?...
— To nasza flota wojenna, torpedowiec numer dwadzieścia pięć. Teraz Lupin może uciekać... jeśli chce poznać podmorskie krajobrazy.
Poręcz wskazywała początek schodów, tuż obok szczeliny. Weszli na nie. Od czasu do czasu zjawiało się w ścianie małe okienko i za każdym razem ukazywała się im Iglica, wyglądająca coraz to potężniej.
Tuż przed osiągnięciem poziomu wody okienka zniknęły.
Izydor głośno liczył stopnie. Na trzysta pięćdziesiątym ósmym musiał przystanąć: natknęli się na szerszy korytarz, również zamknięty żelaznymi drzwiami, które były wzmocnione żelaznymi płytami i gwoździami.
— Już to znamy — powiedział Beautrelet. — Dokument podaje nam liczbę trzysta pięćdziesiąt siedem i trójkąt z kropką po prawej. Powtórzmy operację.
Drugie drzwi poddały się podobnie jak pierwsze. Ukazał się długi tunel, oświetlony silnymi lampami zawieszonymi w równych odstępach na sklepieniu. Ściany były mokre, a krople wody spadały na ziemię, tak że dla ułatwienia przejścia z jednego końca na drugi położono chodnik z desek.