— Nie, nie... Tym osłabilibyśmy się tylko... Niech raczej jeden z nas pójdzie na zwiady.

— Ja pójdę, jeśli pan chce...

— Zgoda. Ja zostanę tutaj ze swymi ludźmi... tak nie będzie powodu do obaw. Mogą być inne drogi prócz tej, którą wybraliśmy na klifie, tak samo może być więcej dróg w Iglicy. Ale z pewnością między wybrzeżem a Iglicą nie ma żadnego innego połączenia prócz tego tunelu. Dlatego przez tę grotę musi się przejść. Zostanę więc tu aż do pańskiego powrotu. Niech pan idzie, panie Beautrelet. Niech pan będzie ostrożny... a w razie najmniejszego podejrzenia zaraz wraca.

Beautrelet szybko zniknął na środkowych schodach. Na trzydziestym stopniu natknął się na drzwi, prawdziwe drewniane drzwi. Nacisnął klamkę, drzwi się otwarły.

Wszedł do sali, która wydała mu się bardzo niska, tak była olbrzymia.

Oświetlona silnymi lampami, podparta przysadzistymi filarami, pomiędzy którymi otwierały się dalekie perspektywy, musiała być prawie tych rozmiarów co Iglica.

Zapełniały ją skrzynie, mnóstwo najrozmaitszych przedmiotów, meble, stołki szafy, kredensy, kufry, cały bałagan, jaki się widuje w piwnicach handlarzy antykami.

Po prawej i lewej stronie Beautrelet dostrzegł wyloty schodów, zapewne tych samych, które zaczynały się w niższej grocie. Mógł więc zejść i powiadomić Ganimarda. Ale na wprost niego biegły w górę nowe schody i ciekawość popchnęła go, by iść samemu dalej.

Jeszcze trzydzieści stopni, potem drzwi i inna sala, jak mu się zdawało, trochę mniejsza. I znowu naprzeciwko schody idące w górę.

Jeszcze trzydzieści stopni. Drzwi. Sala o wiele mniejsza.