Beautrelet zrozumiał plan budowli wewnątrz Iglicy. Był to szereg pomieszczeń położonych nad sobą, zatem coraz to mniejszych. Wszystkie służyły jako magazyny.

W czwartym nie było już lamp. Trochę światła dziennego wnikało przez szczeliny i Beautrelet o jakieś dziesięć metrów pod sobą zobaczył morze.

W tej chwili poczuł się tak daleko od Ganimarda, że zaczął go nachodzić pewien lęk i musiał zapanować nad nerwami, żeby nie uciec co sił w nogach. Jednak nie groziło mu żadne niebezpieczeństwo, a wokół niego panowała tak głęboka cisza, że zadał sobie pytanie, czy Lupin i jego wspólnicy nie opuścili już zupełnie Iglicy.

„Na następnym piętrze się zatrzymam” — pomyślał.

Znowu trzydzieści stopni, potem drzwi, już lżejsze, o współczesnym wyglądzie. Pchnął je lekko, gotowy do ucieczki. Nikogo. Ale sala różniła się od poprzednich. Na ścianach gobeliny, na podłodze dywany.

Naprzeciw siebie stały dwie wspaniałe szafy pełne złotych naczyń. Małe okienka, wycięte w wąskich, głębokich szczelinach, były zaopatrzone w szyby.

Na środku sali stał bogato zastawiony stół z koronkowym obrusem, na którym rozstawiono naczynia z owocami i ciastkami, szampan w karafkach i kwiaty, mnóstwo kwiatów.

Na stole trzy nakrycia.

Beautrelet zbliżył się. Na serwetach znajdowały się bilety z nazwiskami biesiadników.

Przeczytał najpierw: Arsène Lupin.