Służący postawił na stole tacę pełną dań.
— Proszę nam wybaczyć, panie Beautrelet, nasz kucharz odszedł i będziemy musieli ograniczyć się do zimnych potraw.
Beautrelet zupełnie nie miał ochoty na jedzenie. Usiadł jednak, niezmiernie zainteresowany zachowaniem Lupina. Ile dokładnie wiedział? Czy zdawał sobie sprawę z grożącego mu niebezpieczeństwa? Czy nie wiedział o obecności Ganimarda i jego ludzi?
A Lupin mówił dalej:
— Tak, dzięki panu, drogi przyjacielu. Oczywiście, Rajmunda i ja pokochaliśmy się od pierwszego dnia. Tak, mój drogi... Porwanie Rajmundy, uwięzienie, wszystko to były sztuczki: myśmy się kochali.. Lecz ani ona, ani ja, chociaż mogliśmy swobodnie kochać się, nie mogliśmy pozwolić na to, żeby się między nami nawiązał jeden z tych przelotnych stosunków, które są na łasce losu. Zatem sytuacja była dla Lupina niemożliwa do rozwiązania. Na szczęście rzecz miałaby się inaczej, gdyby znowu został Valmérasem, którym nie przestałem być od dzieciństwa. Otóż wówczas przyszło mi na myśl, ponieważ pan nie dał za wygraną i odnalazł zamek Iglicy, przyszło mi na myśl skorzystać z pańskiego uporu.
— I z mojej naiwności.
— Ba, cały świat dał się nabrać.
— Zatem udało się panu pod moją osłoną, przy mojej pomocy?
— Oczywiście! Jakżeby ktoś mógł podejrzewać Valmérasa, że to Lupin, skoro Valméras był przyjacielem Beautreleta, skoro wydarł Lupinowi tę, którą kochał? To było cudowne. Och, piękne wspomnienia. Wyprawa do Crozant! Znalezione bukiety kwiatów! Mój niby list miłosny do Rajmundy! A później te środki ostrożności, które ja, Valméras, musiałem przedsiębrać przed sobą, Lupinem, zanim nastąpił ślub! I ten sławny wieczór z bankietem na pańską cześć, kiedy pan zemdlał w mych ramionach! O, piękne wspomnienia!...
Nastało milczenie. Beautrelet obserwował Rajmundę. Słuchała Lupina, nie mówiąc ani słowa, patrzyła na niego oczyma, w których widniała miłość i namiętność, i coś jeszcze, czego młodzieniec nie umiał nazwać, jakby rodzaj zakłopotania i nieokreślonego smutku.