Nowe schody. Nowe drzwi.

— Sala gobelinów — oznajmił Lupin.

Nie były one rozwieszone, tylko zwinięte, związane, opatrzone etykietami, zmieszane zresztą z pakietami starych tkanin, które Lupin rozkładał. Były tam cudowne brokaty, przedziwne aksamity, subtelne jedwabie o przybladłych tonach, ornaty tkane złotem i srebrem.

Weszli jeszcze wyżej i Beautrelet zobaczył salę zegarów, salę książek (och, te wspaniałe oprawy i cenne tomy, białe kruki, unikatowe egzemplarze, skradzione z wielkich bibliotek), salę koronek, salę bibelotów.

A za każdym razem średnica sali się zmniejszała. I za każdym razem hałas ciosów oddalał się. Ganimard tracił pozycję.

— Ostatnia sala — rzekł Lupin. — Skarbiec.

Ta była zupełnie odmienna. Również okrągła, lecz bardzo wysoka, stożkowata, zajmowała szczyt budynku, a jej podstawa musiała znajdować się o piętnaście czy dwadzieścia metrów od ostrza Iglicy.

Od strony wybrzeża nie było żadnego okienka, Ale od strony morza, skąd nie trzeba się było obawiać żadnych spojrzeń, znajdowały się dwa oszklone otwory, wpuszczające dostateczną ilość światła.

Posadzkę pokryto rzadkim drewnem, ułożonym w koncentryczny wzór.

Na ścianach kilka obrazów.