— Poddaj się, Lupin! — ryczał Ganimard, którego rewolwer wysunął się przez otwór w drzwiach i którego świecące oczy już było widać. — Poddaj się, Lupin!
— A twoja straż, czy ona się podda?
— Nie ruszaj się, bo strzelę.
— Ejże, tu mnie nie trafisz!
Istotnie, Lupin cofnął się i Ganimard wprawdzie mógł przez wyłamany otwór strzelić na wprost, ale nie był w stanie strzelić, a tym bardziej wymierzyć w bok, tam, gdzie stał Lupin.
Mimo to sytuacja Lupina była straszna, gdyż wyjście, na które liczył, małe drzwi za tryptykiem, znajdowały się wprost naprzeciw Ganimarda. Próbować uciec oznaczało wystawić się na ogień policjanta, a on miał jeszcze pięć kul w rewolwerze.
— Do diabła — rzekł, śmiejąc się — moje akcje spadły. Dobrze ci, mój stary Lupin, chciałeś doznać ostatecznego wrażenia i przeciągnąłeś strunę. Nie trzeba było tyle gawędzić.
Przylgnął do ściany. Pod wysiłkiem ludzi Ganimarda ustąpiła jeszcze jedna deska i Ganimard zyskał na swobodzie ruchów.
Nie więcej niż trzy metry oddzielały przeciwników. Lecz gablotka z pozłacanego drzewa zasłaniała Lupina.
— Pomagaj, Beautrelet! — wrzasnął stary policjant, zgrzytając z wściekłości zębami. — Strzel do niego zamiast się bawić w ceregiele.