Rzucił się ku niej, wziął ją w ramiona i przycisnął do siebie.
— Nie żyje — powiedział.
Nastąpiła chwila oszołomienia. Sholmes wydawał się zmieszany z powodu swego czynu. Wiktoria bełkotała:
— Mój mały... mój mały...
Beautrelet postąpił naprzód i pochylił się nad młodą kobietą, chcąc ją zbadać. Lupin powtórzył:
— Nie żyje... nie żyje... — tonem głuchym, jak gdyby jeszcze nie rozumiał.
Lecz jego twarz nagle wykrzywiła się, zmieniona strasznym bólem. Potem ogarnął go rodzaj szaleństwa, wykonywał bezsensowne ruchy, zaciskał pięści, tupał nogami, jak dziecko, które zbyt wiele cierpi.
— Nędzniku! — krzyknął nagle w przystępie nienawiści.
I jednym strasznym rzutem przewrócił Sholmesa, chwycił go za gardło i wpił w nie paznokcie.
Anglik charczał, nie broniąc się nawet.