— Doprawdy. Jeden z nich napisał do mnie: „Jeśli Beautrelet oświadczy, że coś wie, trzeba mu wierzyć, a to, co powie, proszę o tym nie wątpić, będzie najistotniejszą prawdą”. Panie Izydorze Beautrelet, oto teraz ma pan sposobność usprawiedliwić zaufanie swoich kolegów. Zaklinam pana, niech nam pan powie najistotniejszą prawdę.
Izydor słuchał z uśmiechem i odrzekł:
— Panie sędzio śledczy, jest pan okrutny. Kpi pan z biednych licealistów, którzy bawią się, jak umieją. Ma pan zresztą słuszność i już więcej nie dam panu powodu do wyśmiewania mnie.
— To znaczy, że pan nic nie wie, panie Izydorze Beautrelet.
— Istotnie, wyznaję bardzo pokornie, że nic nie wiem. Gdyż nie nazywam wcale wiedzą odkrycia dwóch czy trzech bardziej precyzyjnych punktów, które zresztą nie mogły, jestem tego pewny, ujść pańskiej uwagi.
— Na przykład?
— Na przykład, przedmiotu kradzieży.
— Ach, więc zdecydowanie zna pan przedmiot kradzieży?
— Tak jak pan, o czym zresztą nie wątpię. Jest to pierwsza rzecz, którą zbadałem, ponieważ to zadanie wydało mi się łatwiejsze.
— Łatwiejsze, doprawdy?