— Wyborne! Najpierw, był pan istotnie w Veules les Roses w chwili, w której panna Saint-Véran sądziła, że widzi pana na zagłębionej drodze. Sprawdzimy bez wątpienia tożsamość pańskiego sobowtóra. Następnie, jest pan rzeczywiście uczniem liceum, i to uczniem znakomitym, pracowitym i wzorowym. Ponieważ ojciec pański mieszka na prowincji, wychodzi pan raz na miesiąc do jego korespondenta, pana Bernoda, który nie szczędził panu pochwał.
— Tak, że...
— Tak, że pan jest wolny, panie Beautrelet.
— Absolutnie wolny?
— Absolutnie. Aha, jednak nakładam mały, malutki waruneczek. Rozumie pan, że nie mogę wypuścić na wolność człowieka, który podaje środki odurzające, wymyka się przez okna, a potem zostaje przyłapany na włóczeniu się po terenie prywatnym, że takiego człowieka nie mogę wypuścić na wolność bez jakieś rekompensaty.
— Słucham.
— Otóż podejmiemy naszą przerwaną rozmowę i pan mi powie, dokąd pan doszedł w swych poszukiwaniach... W ciągu dwóch dni wolności musiał je pan posunąć daleko naprzód?
A kiedy Ganimard zbierał się do wyjścia, z wyrazem lekceważenia dla tego rodzaju zabawy, sędzia zawołał:
— O nie, panie inspektorze, pańskie miejsce jest tutaj. Zapewniam pana, że pana Izydora Beautreleta warto posłuchać. Pan Izydor Beautrelet, według moich informacji, wyrobił sobie w liceum Janson de Sailly sławę obserwatora, któremu nic nie umknie, a jego współuczniowie, jak mi doniesiono, uważają go za pańskiego współzawodnika, za rywala Herlocka Sholmesa.
— No proszę! — rzekł ironicznie Ganimard.