Zatem wszystko się wyjaśniło. Pozostawała do określenia karczma, o której mówił doktor: głupstwo dla Ganimarda, szczwanego lisa, cierpliwego starego praktyka policyjnego. Liczba karczm jest ograniczona, a ta właśnie mogła ze względu na stan rannego mogła znajdować się jedynie w pobliżu Ambrumésy. Ganimard i sierżant Quevillon ruszyli na wieś. O pięćset metrów, o tysiąc metrów, o pięć tysięcy metrów wokoło zwiedzili i przetrząsnęli wszystko, co mogło uchodzić za karczmę. Lecz wbrew wszelkiemu oczekiwaniu konającego mężczyzny nie udawało się odnaleźć.

Ganimard był wściekły. Wrócił w sobotę wieczorem na nocleg do zamku, z zamiarem przeprowadzenia w niedzielę osobistego śledztwa. W niedzielę rano dowiedział się, że żandarmi zauważyli w nocy postać, która prześlizgnęła się po zagłębionej drodze. Czy to był jeden z winowajców, który wrócił po informacje? Czyżby należało przypuszczać, że przywódca bandy nie opuścił klasztoru albo okolic klasztoru?

Wieczorem Ganimard otwarcie wysłał żandarmów do folwarku, a sam, podobnie jak Folenfant, usadowił się wewnątrz murów, w pobliżu furtki.

Tuż po północy jakiś osobnik wyszedł z lasu, przeszedł między nimi, przekroczył bramę i wszedł do parku. Przez trzy godziny patrzyli, jak błądził w prawo i w lewo przez ruiny, schylał się, wdrapywał na stare filary, czasem pozostawał bez ruchu przez długie minuty. Potem zbliżył się do bramy i ponownie przeszedł między oboma inspektorami.

Ganimard złapał go za kołnierz, a Folenfant za rękę. Nie stawiał żadnego oporu i najspokojniej w świecie dał sobie skrępować ręce i zaprowadzić do zamku, lecz kiedy próbowali go przesłuchać, odpowiedział po prostu, że nie ma żadnego obowiązku zdawać im sprawy i że będzie czekał na przybycie sędziego śledczego.

Wówczas przywiązali go mocno do nóg łóżka w jednym z dwóch sąsiednich pokojów, które zajmowali.

W poniedziałek rano o godzinie dziewiątej, kiedy przybył pan Filleul, Ganimard oznajmił mu o dokonanym aresztowaniu. Sprowadzono więźnia. Był to Izydor Beautrelet.

— Pan Izydor Beautrelet! — zawołał pan Filleul z zachwytem, wyciągając do nowo przybyłego ręce. — Jaka miła niespodzianka! Nasz wyborny detektyw amator, tu, do naszej dyspozycji. Ależ to szczęśliwe zdarzenie! Panie inspektorze naczelny, pozwoli pan, że panu przedstawię pana Izydora Beautreleta, ucznia klasy maturalnej w liceum Janson de Sailly.

Ganimard zdawał się trochę strapiony. Izydor skłonił mu się bardzo nisko, jak współtowarzyszowi, którego się ceni jak należy, i zwrócił się do pana Filleul:

— Zdaje się, panie sędzio śledczy, że otrzymał pan co do mnie dobre informacje?