W tej chwili weszli dwaj służący ze świecami. Rajmunda rzuciła się na ziemię przed drugim ciałem i poznała Jana Daval, sekretarza i powiernika hrabiego. Był już trupio blady.
Wówczas wstała, wróciła do salonu, spośród broni wiszącej na ścianie wzięła nabitą strzelbę i wyszła na balkon. Nie minęło z pewnością więcej niż pięćdziesiąt do sześćdziesięciu sekund od chwili, w której tamten człowiek stanął na pierwszym szczeblu drabiny. Zatem nie mógł być daleko, tym bardziej że z pewnością był na tyle ostrożny, ażeby usunąć drabinę i uczynić ją bezużyteczną. Istotnie, spostrzegła go zaraz, jak szedł wzdłuż szczątków starego klasztoru. Złożyła się, wymierzyła spokojnie i strzeliła. Mężczyzna upadł.
— Udało się! Udało się! — zawołał jeden ze służby. — Tego się złapie. Lecę tam.
— Nie, Wiktorze, on wstaje. Zejdźcie po drabinie i idźcie prosto do małej furtki.
Wiktor pospieszył, lecz zanim jeszcze znalazł się w parku, człowiek upadł ponownie. Rajmunda zawołała drugiego służącego.
— Albercie, czy widzicie go tam na dole? Blisko wielkiej arkady?...
— Tak, czołga się w trawie... O, on już gotów...
— Proszę go stąd obserwować.
— Niemożliwe, żeby uciekł. Z prawej strony ruin odkryty trawnik.
— A Wiktor strzeże furtki z lewej — rzekła, biorąc ponownie strzelbę.