— Proszę bardzo. Wczoraj wieczór o godzinie jedenastej trzej żandarmi, których sierżant Quevillon zostawił na straży w zamku, otrzymali od sierżanta kartkę z krótką wiadomością, wzywającą ich czym najprędzej do Ouville, gdzie znajduje się ich oddział. Wsiedli natychmiast na koń i kiedy przybyli do Ouville...

— Stwierdzili, że z nich zadrwiono, że rozkaz był fałszywy i że nie pozostało im nic innego, jak wrócić do Ambrumésy.

— Tak właśnie zrobili, pod dowództwem sierżanta Quevillona. Ale ich nieobecność trwała półtorej godziny i w tym czasie dokonano zbrodni.

— W jakich okolicznościach?

— W okolicznościach najprostszych. Drabinę, wziętą z zabudowań folwarcznych, przystawiono do drugiego piętra zamku. Wycięto szybę, otwarto okno. Dwaj mężczyźni, uzbrojeni w ślepą latarkę, wtargnęli do pokoju panny de Gesvres i zakneblowali ją, zanim miała czas krzyknąć. Potem, związawszy ją sznurami, otwarli cicho drzwi do pokoju, w którym spała panna de Saint-Véran. Panna de Gesvres usłyszała stłumiony jęk, później szamotanie broniącej się osoby. Po minucie spostrzegła obu mężczyzn niosących jej kuzynkę, również związaną i zakneblowaną. Przeszli obok niej i wyszli przez okno. Wyczerpana, przerażona, panna de Gesvres zemdlała.

— A psy? Czy pan de Gesvres nie kupił dwóch prawie dzikich, wielkich psów, które puszczano na noc?

— Znaleziono je martwe, otrute.

— Przez kogo? Nikt nie śmiał się do nich zbliżyć.

— Tajemnica! W każdym razie jest faktem, że obaj mężczyźni przeszli bez przeszkód przez ruiny i wyszli znaną furtką. Przedarli się przez strzyżony szpaler, ominęli dawny kamieniołom. Nie dalej jak o pięćset metrów od zamku, u stóp tak zwanego Wielkiego Dębu zatrzymali się... i wykonali swój plan.

— Czemu, jeśli przyszli z zamiarem zabicia panny de Saint-Véran, nie zrobili tego w jej pokoju?