Z kolei Beautrelet postawił nogę na pierwszym szczeblu.

Było ich osiemnaście. Liczył je machinalnie, podczas gdy jego wzrok badał kryptę, w której światło świecy walczyło z gęstymi ciemnościami. Na dole uderzył go gwałtowny, potworny zapach, jeden z tych zapachów padliny, których samo wspomnienie dręczy.

Och, ten zapach! Jakże go zemdlił!

I nagle drżąca ręka schwyciła go za ramię.

— Tak? Co takiego?

— Beautrelet... — wyjąkał pan Filleul. — Beautrelet...

Nie mógł mówić, zdjęty przerażeniem.

— Ależ, panie sędzio śledczy, niech się pan opanuje...

— Beautrelet... on tu jest...

— Co?