— Tak... Coś było pod wielkim kamieniem, który oderwał się od ołtarza... Odsunąłem kamień... i dotknąłem... Brr... nie zapomnę nigdy...
— Gdzie on jest?
— Z tej strony... Czy pan czuje ten zapach?... A dalej... Niech pan patrzy...
Ujął świecę i skierował ją w stronę jakiegoś nieruchomego kształtu leżącego na ziemi.
— Och! — wykrzyknął Beautrelet z akcentem grozy.
Trzej mężczyźni pochylili się gwałtownie. Trup leżał półnagi, chudy, przerażający. Przez podarte ubranie przezierało miejscami ciało o zielonkawym odcieniu wosku. Lecz najstraszniejszą rzeczą, która wydarła młodzieńcowi z ust okrzyk grozy, była głowa, głowa, którą zmiażdżył blok kamienny, bezkształtna, ohydna masa, w której nie można było już niczego rozróżnić... A kiedy przywykli do ciemności, zobaczyli, że całe to ciało roiło się w okropny sposób...
Beautrelet kilkoma susami dostał się na szczyt drabiny i wymknął się na światło dzienne i świeże powietrze.
Pan Filleul znalazł go znowu leżącego na brzuchu, z twarzą ukrytą w dłoniach. Odezwał się do niego:
— Moje pełne uznanie, Beautrelet. Poza odkryciem kryjówki były dwa punkty, na których mogłem skontrolować ścisłość pańskich twierdzeń. Najpierw, człowiekiem, do którego strzeliła panna de Saint-Véran, był istotnie Arsène Lupin, jak pan twierdził od początku. A po drugie, rzeczywiście mieszkał on w Paryżu jako Stefan de Vaudreix. Bielizna jest oznaczona inicjałami S. V. Zdaje mi się, nieprawdaż, że ten dowód wystarcza...
Izydor nie poruszył się.