— Młodej kobiety... Zwłoki okropnie zmienione, dodają, których tożsamości nie udałoby się wcale stwierdzić, gdyby nie został na prawym ramieniu mały złoty łańcuszek, bardzo cienki, który się wpił w nabrzmiałą skórę. Otóż panna de Saint-Véran nosiła na prawym ramieniu złoty łańcuszek. Najwidoczniej więc chodzi tu, panie hrabio, o pańską nieszczęśliwą siostrzenicę, którą tam wyrzuciło morze. Co pan o tym myśli, panie Beautrelet?

— Nic... nic... a raczej tak... wszystko się wiąże, jak pan widzi i niczego już nie brak mojej argumentacji. Wszystkie fakty, jeden po drugim, nawet najsprzeczniejsze, najbardziej zbijające z tropu, ostatecznie popierają hipotezę, którą pomyślałem od pierwszej chwili.

— Nie rozumiem pana dobrze.

— Niebawem pan zrozumie. Niech pan nie zapomina, że przyrzekłem panu całą prawdę.

— Ale mnie się zdaje...

— Trochę cierpliwości, panie sędzio śledczy. Jak dotąd nie mógł się pan na mnie skarżyć. Jest ładny dzień. Niech się pan przejdzie, zje śniadanie w zamku, wypali fajeczkę. Ja zaś wrócę za cztery do pięciu godzin. A co do mego liceum, to trudno, pojadę o północy.

Dotarli do zabudowań wiejskich za zamkiem. Beautrelet wskoczył na rower i oddalił się.

W Dieppe zatrzymał się w redakcji dziennika „La Vigie” i kazał sobie pokazać numery z ostatnich piętnastu dni. Następnie odjechał do Envermeu, oddalonego o dwanaście kilometrów. W Envermeu porozmawiał się z merem, z proboszczem i z posterunkowym. Na wieży kościelnej wybiła trzecia. Jego badania były skończone.

Wracał, śpiewając z radości. Jego nogi naciskały w równym i silnym rytmie na pedały, pierś wchłaniała głęboko świeży powiew idący od morza. Od czasu do czasu rzucał ku niebu okrzyki tryumfu, myśląc o celu, do którego dążył, i o swych szczęśliwych wysiłkach.

Ukazało się Ambrumésy. Puścił się największym pędem po stoku, który opadał ku zamkowi. Stuletnie drzewa obrzeżające drogę podwójnym szeregiem jakby biegły naprzeciw niego i ginęły natychmiast za nim.