I nagle krzyknął. Spostrzegł linę ciągnącą się od jednego drzewa do drugiego, w poprzek drogi.

Pojazd zatrzymał się w jednej chwili. Beautrelet z niesłychaną gwałtownością wyleciał na trzy metry do przodu. Miał wrażenie, że jedynie przypadkiem, cudownym przypadkiem uniknął sterty kamieni, gdzie, logicznie rzecz biorąc, byłby rozbił głowę.

Przez kilka sekund leżał oszołomiony. Potem, cały potłuczony, z poranionymi kolanami, zbadał miejsce. Z prawej strony rozciągał się lasek, przez który bez wątpienia uciekł napastnik. Beautrelet odwiązał linę. Na drzewie po lewej, wokół którego była obwiązana, wisiał przymocowany sznurkiem kawałek papieru. Rozłożył go i przeczytał:

Trzecie i ostatnie ostrzeżenie.

Wróciwszy do zamku, zadał kilka pytań służącym i wyszukał sędziego śledczego w pokoju na parterze, na końcu prawego skrzydła, gdzie pan Filleul zwykł przebywać podczas swych czynności. Pan Filleul pisał, a jego pisarz siedział naprzeciw niego. Na dany znak pisarz wyszedł, a sędzia zawołał:

— Co się panu stało, panie Beautrelet? Ma pan całkiem zakrwawione ręce.

— To nic, to nic — rzekł młody człowiek. — Zwykły upadek spowodowany przez linę, rozpiętą przed moim rowerem. Poproszę pana tylko o zwrócenie uwagi na to, że ta lina pochodzi z zamku. Nie więcej niż przed dwudziestoma minutami służyła do suszenia bielizny przed pralnią.

— Czy to możliwe?

— Panie sędzio śledczy, nawet tu czuwa nade mną ktoś, kto się znajduje w samym sercu tego miejsca, kto mnie widzi, słyszy i kto minuta po minucie jest obecny przy moich działaniach i zna moje zamiary.

— Sądzi pan?