— Jestem tego pewny. To pańska rzecz go odkryć i nie będzie pan z tym miał kłopotu. A co do mnie, to chcę skończyć i dać panu obiecane wyjaśnienia. Posuwałem się prędzej, niż przypuszczali nasi przeciwnicy, i jestem przekonany, że będą działali energicznie. Krąg wokół mnie się zacieśnia. Zbliża się niebezpieczeństwo, przeczuwam je.

— No, zobaczymy, panie Beautrelet.

— Ba, zobaczymy. Tymczasem spieszmy się. A najpierw pytanie o coś, co chciałbym od razu odrzucić. Nie mówił pan nikomu o tym dokumencie, który podniósł sierżant Quevillon i oddał panu w mojej obecności?

— Dalibóg, nikomu. Przywiązuje pan do niego jakąkolwiek wagę?

— Wielką wagę. To pomysł, pomysł, który zresztą, wyznaję to, nie opiera się na żadnym dowodzie, bo dotychczas nie zdołałem odszyfrować tego dokumentu. Otóż wspominam panu o nim... żeby do niego już nie wracać.

Beautrelet oparł rękę na ręce pana Filleul i rzekł cicho:

— Proszę zamilknąć... ktoś nas podsłuchuje... na zewnątrz...

Zaskrzypiał piasek. Beautrelet pobiegł do okna i wychylił się.

— Nie ma już nikogo... ale grządka jest podeptana... łatwo będzie zbadać odcisk obuwia...

Zamknął okno, wrócił i usiadł na krześle.