— Jest rzeczywiście wystarczająco niejasny.

— Spróbujmy go rozjaśnić. Druga linia jest podzielona na dwie części, a druga część wygląda tak, że prawdopodobnie stanowi jedno słowo. Jeśli teraz spróbujemy zastąpić kropki spółgłoskami, po pewnym poszukiwaniu dojdziemy do tego, że jedyne spółgłoski, które logicznie mogą pasować do samogłosek, tworzą słowo: „zamiejski” albo „panieński”.

— A zatem chodziłoby może o pannę de Gesvres i pannę de Saint-Véran.

— Z całą pewnością.

— I nie widzi pan nic więcej?

— Owszem. Widzę jeszcze przerwę ciągłości w ostatniej linii i jeśli zastosuję takie samo rozumowanie do początku tej linii, spostrzegam, że między znajdującymi się tam samogłoskami można umieścić jedynie spółgłoski tworzące razem z nimi wyraz „wydrążona”.

— Istotnie, ten wyraz się narzuca — potwierdził pan Filleul.

— Zaś co do ostatniego słowa możliwe są dwie kombinacje: „iglica” lub „izbica”. Odrzucam „izbica” jako niewiążące się z przymiotnikiem wydrążenia i zostaje mi „iglica”.

— To razem stanowi „wydrążona iglica”. Do kroćset! Przypuszczam, że pańskie rozwiązanie jest słuszne, a przypuszczam tak, bo inaczej być nie może, ale w czym nas to posuwa naprzód?

— W niczym — odrzekł zamyślony Beautrelet. — W niczym, jak na razie... Później zobaczymy... Zdaje mi się, że wiele rzeczy zawiera się w zagadkowym skojarzeniu tych dwóch słów: „wydrążona iglica”. Co mnie na razie zajmuje, to raczej materiał dokumentu, papier, którego użyto... Czy jeszcze się wytwarza ten rodzaj trochę chropowatego pergaminu? A potem ta barwa kości słoniowej... i wreszcie, proszę uważać, te ślady czerwonego wosku z tyłu...