Po chwili wrócił i odsunął się na bok, żeby zrobić miejsce młodemu człowiekowi, szczupłemu, wysokiemu i bardzo blademu.
Bez jednego słowa, z pewną uroczystością w ruchach, która mnie niepokoiła, Lupin zapalił wszystkie lampki elektryczne. Pokój zalała powódź światła. Wówczas obaj mężczyźni spojrzeli sobie w głęboko oczy, jakby całym wysiłkiem swych płomiennych oczu starali się przeniknąć jeden drugiego.
Był to niezrównany widok: ci dwaj ludzie, stojący naprzeciw siebie, poważni i milczący. Lecz kim mógł być ten nowo przybyły?
Już się domyślałem, dzięki jego podobieństwu do świeżo opublikowanej fotografii, kiedy Lupin zwrócił się do mnie:
— Mój drogi przyjacielu, przedstawiam panu pana Izydora Beautreleta.
A zaraz potem, zwracając się do młodego człowieka:
— Powinienem panu podziękować, panie Beautrelet. Po pierwsze za to, że pan zechciał wskutek mego listu odłożyć swe rewelacje na czas po obecnym spotkaniu, a następnie, że pan był łaskaw nie odmówić mi tego spotkania.
Beautrelet uśmiechnął się.
— Tylko zechce pan zauważyć, że moja łaskawość polega przede wszystkim na posłuszeństwie wobec pańskich rozkazów. Groźba, którą mi pan przesłał w tym liście, była tym bardziej rozstrzygająca, że nie odnosiła się do mnie, tylko godziła w mego ojca.
— Dalibóg — odparł Lupin, śmiejąc się — działa się, jak się może, i używa środków działania, które się posiada. Wiedziałem z doświadczenia, że pańskie osobiste bezpieczeństwo jest panu obojętne, ponieważ oparł się pan argumentom imć pana Brédoux. Został pański ojciec, którego pan tak gorąco kocha... Zagrałem na tej strunie...