— Ależ przeciwnie, ależ przeciwnie, i udzieliłem mu za to surowej nagany. Muszę jednak dodać na jego obronę, że zaskoczyła go naprawdę nieoczekiwana nagłość pańskich dociekań. Byłby pan nam przyczynił jeszcze nieco trudów, gdyby pan uniknął tego haniebnego zamachu.

— I byłby mnie bez wątpienia spotkał los panów Ganimarda i Herlocka Sholmesa?

— Istotnie — rzekł Lupin z głośnym śmiechem. — A ja nie doznałbym przykrych obaw, które mi sprawiła pańska rana. Przeszedłem z tego powodu, przysięgam panu, bardzo ciężkie godziny i dziś jeszcze pańska bladość jest dla mnie bolesnym wyrzutem. Nie gniewa się pan już na mnie?

— Dowód zaufania — odparł Beautrelet — który mi pan daje, przyszedłszy tutaj — a przecież byłoby mi tak łatwo przyprowadzić ze sobą kilku przyjaciół Ganimarda — ten dowód zaufania zmazuje wszystko.

Czy mówił to serio? Wyznaję, że byłem zbity z tropu. Zmagania tych dwóch ludźmi zaczynały się w sposób dla mnie zupełnie niezrozumiały. Ja, który byłem obecny przy pierwszym spotkaniu Lupina i Holmesa w kawiarni dworca Montparnasse, nie mogłem nie przypomnieć sobie dumnego zachowania się obu walczących, straszliwego zderzenia się pychy pod pozorem grzeczności w zachowaniu, chytrych ciosów, które sobie zadawali, ich zwodów, ich arogancji.

Tutaj nic podobnego. Lupin się nie zmienił. Lecz na jakże dziwnego natknął się przeciwnika! Czy to w ogóle był przeciwnik? Naprawdę nie miał ani odpowiedniego tonu, ani wyglądu. Bardzo spokojny, lecz prawdziwym spokojem, który nie maskował porywczości człowieka hamującego się, bardzo grzeczny, lecz bez przesady, uśmiechający się, lecz bez szyderstwa, stanowił wobec Arsène’a Lupin zupełny kontrast, tak doskonały, że nawet sam Lupin wydał mi się zbity z tropu, tak samo jak ja.

Nie, doprawdy, Lupin nie miał wcale wobec tego wątłego młodzieniaszka, z różowymi policzkami młodej dziewczyny, z szczerymi, czarującymi oczami, nie, Lupin, nie miał swej zwykłej pewności siebie. Kilkakrotnie zauważyłem w nim ślady zakłopotania. Wahał się, nie atakował śmiało, tracił czas na słodkie słówka i żarty.

Można by rzec, że czegoś mu brakowało. Wyglądał tak, jakby czegoś szukał, wyczekiwał. Czego? Jakiej pomocy?

Ponownie odezwał się dzwonek. Pobiegł prędko sam otworzyć.

Wrócił z listem.