— Panowie pozwolicie? — zapytał nas.
Rozpieczętował list. Zawierał telegram. Przeczytał go.
Zaszła w nim jakby przemiana. Jego twarz się rozjaśniła, wyprostował się i widziałem, jak nabrzmiały żyły na jego skroni. Zobaczyłem w nim znowu atletę, pogromcę, pewnego siebie pana wypadków i ludzi.
Położył telegram na stole i uderzając go pięścią, zawołał:
— Teraz gra między nami dwoma, panie Beautrelet!
Beautrelet wytężył uwagę, a Lupin zaczął głosem umiarkowanym, lecz suchym i stanowczym:
— Zrzućmy maski i przestańmy bawić się w hipokryzję. Jesteśmy dwoma przeciwnikami, którzy wiedzą doskonale, co o sobie myśleć. Działamy wobec siebie jako nieprzyjaciele i konsekwentnie powinniśmy jako nieprzyjaciele prowadzić ze sobą układy.
— Układy? — zapytał zaskoczony Beautrelet.
— Tak, układy. Nie powiedziałem tego słowa na wiatr i powtarzam je, choć mnie to dużo kosztuje. Pierwszy raz używam go wobec przeciwnika. Lecz także, mówię to panu od razu, po raz ostatni. Proszę z tego korzystać. Nie wyjdę stąd bez pewnej obietnicy z pana strony. Inaczej: wojna.
Beautrelet zdawał się coraz to bardziej zdziwiony. Rzekł uprzejmie: