— Nie spodziewałem się tego, mówi pan ze mną tak dziwnie. To tak się różni od tego, co przypuszczałem!... Tak, wyobrażałem sobie pana zupełnie inaczej... Na co gniew, groźby? Czyż więc jesteśmy wrogami, ponieważ okoliczności stawiają nas przeciwko sobie? Wrogowie... Dlaczego?
Lupin zachwiał się na chwilę, lecz zaraz zaśmiał się szyderczo, nachylając się nad młodzieńcem:
— Ależ, kawalerze, nie chodzi wcale o dobór wyrażeń. Chodzi o jeden fakt, pewny i niezaprzeczony. Mianowicie ten: od dziesięciu lat nie na tknąłem się ani razu na przeciwnika tej siły, co pan. Z Ganimardem, z Herlockiem Scholmesem grałem jak z dziećmi. Wobec pana muszę się bronić, powiem więcej, muszę się cofać. Tak, w obecnej chwili obaj wiemy dobrze, i pan, i ja, że muszę się uważać za zwyciężonego. Izydor Beautrelet pokonał Arsène’a Lupin. Moje plany są zniweczone. To, co ja usiłuję zachować w mroku, pan wydobywa na światło dzienne. Pan mi przeszkadza, pan mi zagradza drogę. Otóż mam tego dosyć... Brédoux powiedział to panu bezskutecznie. Ja panu to powtarzam i bardzo proszę, żeby się pan z tym liczył. Mam tego dosyć.
Beautrelet potrząsnął głową.
— Ale w końcu czegóż pan sobie życzy?
— Pokoju! Niech każdy zostanie na swoim poletku.
— To znaczy, pan będzie włamywał się wedle woli, a ja mam wrócić do nauki.
— Do nauki... Do czego pan chce... Nic mnie to nie obchodzi... Ale da mi pan spokój, żądam spokoju.
— A w czym mogę teraz go zamącić?
Lupin chwycił go gwałtownie za rękę.