idzie do okna i gwałtownie podnosi zasłonę.
Ale patrz na mnie, patrz!... Gdzie ty mnie poznajesz?... Mów mi, czy to tu?... Czy to moje ręce, moje oczy, moje ubranie może?...
JOYZELLA
patrząc nań, we łzach rzuca mu się w ramiona
O, jakże cierpiałeś!
LANCEOR
Cierpiałem, cierpiałem!... Zasłużyłem na to po wszystkim, com powiedział, po wszystkim, com uczynił... Ale nie o to mi idzie, nie to mnie przygnębia... Zgadzam się umrzeć, abyś tylko odnalazła we mnie, choć na jedno mgnienie powieki, to, co kochałaś... Chcę się oprzeć na sobie, na tej drobnej resztce, która ze mnie pozostała. Chciałbym się ukryć, osłonić swoją nędzę... A jednak chcę, abyś mnie naprzód obaczyła, i abyś na koniec wiedziała, co należy we mnie kochać, jeżeliś mnie kochała... Pójdź, pójdź, bliżej, bliżej... Nie, nie bliżej mnie, ale bliżej promieni, które oświetlają moją nędzę... Spójrz na te zmarszczki, na te źrenice umarłe, na te wargi... Nie, nie zbliżaj się do mnie, bo cię wstręt ogarnie... Jestem do siebie mniej podobny, niż gdybym wracał ze świata, którego nigdy nie odwiedziło życie... Ty się nie cofasz? Ty się nie dziwisz? Nie widzisz mnie, jak mnie widzą te zwierciadła?
JOYZELLA
Widzę, że jesteś blady i że zdajesz się znużony... Nie usuwaj moich ramion... Zbliż twoje lica... Czemu nie chcesz, abym na twoich ustach złożyła pocałunek, jak wówczas, kiedy nam się wszystko uśmiechało w cudownym ogrodzie kwiatów?... Miłość ma też swoje dni, kiedy się nic nie uśmiecha... I po cóż ma się uśmiechać, gdy wokoło płacz?... Odgarniam twe włosy, co ci twarz zakrywały i czyniły ją tak smutną... Spójrz, jak one są podobne do tych, które odgarniałam w pierwszym pocałunku... Dość, dość, nie myśl już o kłamstwach zwierciadeł... One nie wiedzą, co mówią, ale miłość dobrze wie o tym... Już życie powraca w twoich oczach, które mnie odnajdują... Nie miej żadnej obawy, bo ja nie czuję jej bynajmniej... Wiem, co trzeba uczynić — i znajdę tajemnicę, co twoją chorobę uleczy.