rozkazująco
Milcz!
Kładzie się na łożu, zamyka oczy i zdaje się głęboko spać. Ariella, łkając, ukrywa się na stopniach estrady. — Z lewej, na przeciwnym końcu sali, otwierają się małe drzwi i wchodzi Joyzella, owinięta długim płaszczem, z lampką w ręku... Robi dwa lub trzy kroki, potem się zatrzymuje. — Ariella wstaje i niewidoczna za ciężką zasłoną, czeka u stóp łoża.
JOYZELLA
zatrzymuje się, z błędnym okiem, niepewna, drżąca
Teraz i tutaj... Robię ostatni krok... Aż do tej chwili, której czas teraz już nie może zatrzymać, a w której ma się stać rzecz niezgładzona, aż do tych małych drzwiczek, które się zamknęły nad dwojgiem przeznaczeń, wiedziałam, wiedziałam wszystko, co należy uczynić... Ach, rozmyślałam długo, długo i sądziłam sprawiedliwie... Było tylko to, nie było nic innego; było to pewne, słuszne, nieuchronne... Ale teraz wszystko się zmienia i wszystko zapomniałam. Są inne siły, inne głosy i sama jedna stoję przeciw temu wszystkiemu, co szepcze w tę noc niepewną... Sprawiedliwości, gdzie jesteś? Sprawiedliwości, co mam czynić?... Ja to działam, boś ty tego chciała... Tyś mnie natchnęła, tyś mnie przekonała... Tam, przed chwilą jeszcze, pod promieniami tysiąca gwiazd, oświetlających te drzwi, na które wskazywałaś, by umocnić mą duszę... Nie było wtedy żadnych wątpliwości: pewność zupełna wszystkiego, co oddycha, wszystkiego, co drga, wszystkiego, co kocha i ma prawo do miłości, opromieniała me serce... Ale w obliczu samego czynu ty sama się cofasz, zaprzeczasz swym prawom, ty mnie opuszczasz!... Ach, czuję się zbyt samotna, jak ślepa niewolnica oddana siłom niewiadomym.... Pójdę, nie patrząc... Na nic nie baczę i podniosę obłąkane oczy na łoże dopiero wówczas, kiedy...
Idzie powolnym krokiem, mechanicznie, naprzód, aż do łoża.
Teraz, los sam powie: „tak”...
Podnosi lampę, spogląda na łóżko, widzi Merlina uśpionego i zdumiona cofa się.
On śpi... Co to jest?... Nie przewidziałam tego... Wszystko, wyjąwszy to... Mam jeszcze czekać? O, chciałabym zaczekać... Śpi głęboko... Więc nie chciał wcale... Ale gdyby nie spał, nie mogłabym tego zrobić... Rozbroiłby mnie, opanował... Więc to prawda: los, sprawiedliwy, szczęsny los daje mi go tak... Szukałam znaku?... Ale oto jest znak!... Czego jeszcze potrzebuję?... A przecież jeżeli śpi, to nie wiem... Może poczuł litość nade mną, może się wyrzekł wszystkiego, może by powiedział: „odejdź”. Nie był bez duszy, a chwilami przemawiał jak ojciec... Ach, gdyby czuwał, gdyby stał, wyciągnąwszy ku mnie ramiona z gestem... Wtedy, wtedy byłabym silna i zwyciężyłabym... Ale człowiek uśpiony... To kruszy nienawiść... A potem nie wiadomo... I zmienić ten sen chwilowy, który lada słowo może rozwiać, w sen, którego żadna siła ludzka ani nadludzka nie przerwie... O, chciałabym przynajmniej choć jedno słowo przebaczenia... Ale nie, jestem zbyt bojaźliwa!... To trwoga mnie okłamuje... Nie przyszłam tu, by rozważać jeszcze... Nie ma wątpliwości po tym, co on zrobił i co powiedział... Słucham tylko swego głosu, głosu mego przeznaczenia, które chce, bym nas zbawiła... Tym gorzej, jeżeli się mylę... Mam rację! Mam rację!... Ty, lampo moja, zgaśnij; widziałam to, co trzeba widzieć...