— Szybciej, prędzej, Senderl! — powtórzył Beniamin i parł, parł naprzód. — Widzisz, Senderl, mógłbym tak pędzić i pędzić aż na kraj świata.
— Ale po co, Beniaminie, tak gnasz? Zapewniam cię, że zdążymy na czas. A jeśli nawet spóźnimy się o dzień lub dwa to też, wierzaj mi, nie będzie nieszczęścia. Świat przez ten czas nie zginie. Wedle tego, co słyszałem, świat powinien przetrwać do siódmego tysiąclecia, to znaczy, że pozostało mu jeszcze kilkaset lat.
— Prędzej, Senderl, szybciej! Szkoda czasu! Im śpieszniej wyrwiemy się stąd, tym lepiej. Ruszaj się, Senderl! Wytęż siły. Gdy dotrzemy na miejsce, będziemy mogli rozprostować kości. Wtedy pooddychasz pełną piersią. Będziesz wówczas niczym wielki pan.
— Masz rację, też mi zmartwienie. Niech będzie prędzej. Mnie przekonałeś. Jak jednak przekonać moje nogi?
Nie było wyjścia, Beniamin musiał ustąpić Senderlowi i zwolnić tempo marszu.
Gdy słońce wychyliło się zza horyzontu i poczęło mocno grzać, a nawet przypiekać, nasi podróżni, chroniąc się przed żarem, ukryli się w zagajniku na skraju drogi. Rzęsisty pot pokrył ich czoła. Z trudem chwytali oddech. Bolały ich wszystkie kości. Świeże obrażenia na ciele Senderla spuchły i przyprawiały go o straszliwy ból. Miał wrażenie, że ktoś kłuje go szpilkami.
Kiedy nieco odsapnęli, uznali za stosowne wydobyć tałes i tefilin i przede wszystkim odmówić modlitwę. Beniamin modlił się coraz żarliwiej, kołysał się i pogrążał w ekstazie. Uczciwie zasłużył na dobry kieliszek wódki. Ale jak tego dokonać? Byłby zadowolony nawet z kawałka chleba. Konał z głodu. Po takim marszu miał ogromny apetyt. Konia z kopytami mógłby zjeść, a tu, jak na urągowisko, nie było nawet okruszynki. Spojrzał w prawo, spojrzał w lewo, strzelił palcami, ziewnął, podrapał się, przełknął ślinę, pogłaskał się po głowie, pociągnął za pejsy i brodę. Jeszcze raz się podrapał, ponownie pogłaskał, aż coś mu zaświtało w głowie. Wydobył z paczki niewielką książeczkę o rozmiarach czterokrotnie mniejszych od normalnych. Był to modlitewnik. Otworzył go i niebawem zaczął coś mruczeć z przyśpiewem, jaki towarzyszy czytaniu adkosmos w święto Szawuot51.
— Senderl — Beniamin przerwał w połowie zdania. — Czy wiesz, co czytam? Czy wiesz, dlaczego czytam z takim przyśpiewem?
— Zapewne jesteś głodny — odparł prostodusznie Senderl.
— Akurat — mruknął Beniamin. — To co, żem głodny?