Zostawmy tymczasem naszą księżniczkę, czyli Senderla, na rozmowie z arendarzem, a sami powróćmy do księcia, to jest do Beniamina. Zobaczmy, czym się zajmuje.
Od momentu, gdy położył się, leżał jak kamień. Nie zdawał sobie sprawy, na jakim świecie przebywa. Nogi miał obrzmiałe. Krew w nich nieustannie bulgotała. Coś kłuło i szczypało, jakby tysiące mrówek poruszało się po ciele i gryzło. Łomotało mu w skroniach, miał wrażenie, że ktoś wali w nie młotkiem. W uszach szumiało, słyszał dźwięki przypominające melodię z baraniego rogu, w który dmie się podczas święta Rosz Haszana60. Chwilami huk w skroniach przypominał wybuchy rac. Po każdej wylatującej z głowy racy błyskało mu przed oczyma tysiące różnokolorowych iskier. Żółtych, zielonych, niebieskich, czerwonych i pąsowych. Gdy fajerwerki zgasły, ciemniało mu w oczach i znów słyszał dokuczliwy szum.
Niespodziewanie dobiegł go daleki dźwięk dzwonków. Z każdą chwilą zbliżał się, był wyraźniejszy, silniejszy. I nagle zamilkł. Rozległo się skrzypienie wozu, po chwili fura zatrzymała się przed bramą karczmy. Wydaje się, że całe miasteczko zebrało się tu na jakiś ważny wiec. Słychać różne głosy: skrzeczące, chrapliwe, zawodzące, płaczliwe i przyjemne. Nie wiadomo, o co chodzi. Gdy koty, we właściwym dla siebie czasie, gromadzą się na dachu, to jasne, w czym rzecz. Po to są koty. Wiemy, co kryje ich miauczenie, aczkolwiek nie znamy ich kociego języka. W tej natomiast sprawie trudno coś pewnego powiedzieć. Czemu krzyczą, czego chcą? Śmiech splata się z jękiem, szept z westchnieniem, pisk z basem łobuza, wazeliniarskie deklaracje z chrapliwym skrzeczeniem. Ktoś pociąga nosem, ktoś stuka lub klaszcze. I bądź tu mądry, zrozum, co to wszystko ma znaczyć.
Nagle otworzyły się drzwi i do izby wpadła z impetem gromada ludzi. Beniamin zaszywa się głębiej w kącie. Tymczasem w izbie przejaśnia się. Zapalono świece w lichtarzach szabasowych. Niektóre świeczniki są zalane woskiem i świece ledwie się w nich trzymają. Gdzieniegdzie świece topią się. Czasem otwory lichtarzy są zbyt luźne i świece się pochylają. Trzeba je podeprzeć.
Za długim dębowym stołem siedzi grupa muzykantów strojących instrumenty. Skrzypek przebiega palcami po strunach. Łaskocze struny, a każda z nich odpowiada słodkim, miłym dźwiękiem. Jakby chciała rzec: „Nie szkodzi, możesz mnie łaskotać. Jeśli chodzi o mnie, to jestem gotowa. Oby tylko nie nawalił smyczek”. Muzykant chwyta smyczek, gładzi go, obraca w dłoni. Instrument jest gotów do gry. Flecista przemawia łagodnie do fletu; odpowiada mu cicha melodia. Cymbalista zręcznie przesuwa palcami po cymbałach. Młoteczki wystukują powoli właściwą tonację. Tylko ślepy bębnista w głębokiej, aż na oczy zsuniętej czapce futrzanej, ukradkiem drzemie.
Tuż przy muzykantach stoi ławka. Wspiął się na nią jakiś człowiek. Coś mówi. Ledwie pada słowo, a wszyscy w śmiech. Nawet dzieci, które tłoczą się za oknami, zaglądając przez szyby, śmieją się do rozpuku i stroją dziwne miny. Nagle mężczyzna na ławce krzyczy: „Hurra”. To wiwat na cześć gospodarza i jego gości. Poleca zagrać coś żywego, wesołego. I muzykanci biorą się do dzieła. Kobiety i mężczyźni puszczają się w tan. Taniec zwie się szer.
Wszystko w ruchu. Nawet pluskwy i karaluchy wylazły ze swoich kryjówek i biegają po ścianach. Naraz jeden z tancerzy wpadł na spoczywającego w kącie Beniamina. Przyjrzał się jego twarzy i nagle w krzyk:
— Toć to Beniamin. Ale mam szczęście, alem go zmacał! Przysięgam, że złapałem wielką wygraną. Jest! Jest!
Na ten krzyk przybiegło wielu ludzi. Beniamin rozpoznał wśród nich notabli z Tuniejadówki. Był też i rabin.
Krzyczano zewsząd: