— Beniamin do tańca! Pójdź z nami w tany, Beniaminie!
— Nie mogę w żadnym wypadku — Beniamin błaga o litość, prosi. — Nie mogę się ruszyć.
— Nie szkodzi, nie szkodzi — słyszy w odpowiedzi. — Chodź — powiadają — spróbuj. Co w tym zresztą trudnego? Niedźwiedź umie tańczyć, a cóż dopiero człowiek. Dalej, żwawo! Ale będziemy mieli co opowiadać!
— Tylko nie Zeldzie — prawie bez tchu wykrzykuje Beniamin — błagam was, tylko nie Zeldzie!
— Ruszaj się, ty krowo — krzyczą mu w odpowiedzi. — Ruszaj się, stawaj na nogi!
— Zlitujcie się nade mną, dzieci Izraela! Nie mogę! Nie mogę, przyjaciele, nie mogę się ruszyć! Mam ważny powód. Wyjawię go tylko rabinowi.
I gdy objął w mocnym uścisku rabina, aby mu szepnąć do ucha swój sekret, czuje uderzenie w bok. Cios był tak silny, że zakręciło mu się w nosie jak od chrzanu. Pod wpływem bólu podskakuje. Przeciera oczy i cóż widzi? W izbie mrok, przez okno sączy się blask księżyca. Samotnie leży obok cielęcia i trzyma je w objęciach.
Co tu się dzieje? Skąd nagle to cielę? Czyżby Beniamin się ocielił? Dobrze, ale w jaki sposób? Załóżmy, że jest rzeczywiście krową. Po stokroć krową. Tak czy owak jest jednak krową dwunożną, a czy ktoś słyszał lub widział, aby dwunożna krowa urodziła cielę?
Prawda, że jest u nas sporo cieląt, a większość z nich pochodzi nawet z bogatych, szacownych domów, ale mimo wszystko to przecież tylko cielęta w ludzkiej postaci. Większość z nich wyróżnia się nawet ładną prezencją. Są nawet takie, które mają ładne twarzyczki, a na nich piękne, pełne czaru dołeczki. Lecz cielę, które Beniamin właśnie obejmował, to przecież, co tu gadać, autentyczne. Nic innego, tylko cud. Prawdziwy cud. Po prostu — z nieba spadło. Ależ nie, szanowni moi Państwo. Nie wierzcie w niebiańskie cielęta. Wśród wszystkich naszych cieląt nie ma ani jednego, które by zesłano z nieba. Nie ma w tym nic nadzwyczajnego. Nie warto zatem wydziwiać na temat cielęcia i nie należy przydawać mu takiego znaczenia. Po prostu i bez upiększenia rzecz wyglądała tak: gdy śmiertelnie zmęczony Beniamin rzucił się w kąt, nie zauważył, że zaszyło się tam cielę. Zasnął w męce. I wtedy ujrzał we śnie wesele z muzykantami. Zaniepokojony wsuwał się coraz głębiej i głębiej w kąt. A kiedy we śnie obejmował rabina Tuniejadówki, w rzeczywistości ściskał cielę arendarza z Pijawki. To zwierzęciu szeptał do ucha sekret swojej podróży. Cielę jednak nie znało się na czułościach. Nie pragnęło, aby je ktoś przyciskał i dusił. Wyprostowało więc kopyta i poczęstowało Beniamina w bok. Wtedy się obudził. Po przebudzeniu nadal trzymał cielę. Był oszołomiony, na pół przytomny. Dopiero po chwili odepchnął stworzenie. Przerażony zerwał się na nogi i uciekł. Cielę zaś, gdy tylko uwolniło się z objęć Beniamina, również poderwało się do ucieczki. W popłochu wpadło na ceber pełen wody. Trach, ceber się przewrócił, a woda rozlała. Łoskot zaniepokoił Senderla i arendarza. Przyświecając świecą wpadli do izby. Tu stanęli, jak wryci. Gdyby ich ujrzał jakiś wierszokleta, niechybnie ułożyłby mniej więcej taki oto wierszyk:
Serdeczni dla siebie i mili,